Miesiąc: wrzesień 2025
Przed ostatnimi wyborami rektora, rządzący UWM głosili, że jak wygrają wybory to będą sprawiedliwi, uczciwi i dobrzy?
I dziś spełniają obietnicę akademika za złotówkę?
Studenci będą żyć w luksusach za złotówkę, cudownie!!!
Pan minister Marcin Kulasek, jak widać, otworzył nowy przybytek w obecności osoby skazanej przez Sąd Rejonowy w Olsztynie.

To taka komunistyczna moralność, prywatnej lewicowej partii.
HI, HI, HI …. IDĄ PO RÓWNI POCHYŁEJ, KU KOLEJNEMU ZWYCIĘSTWU!
MACIE TO NA CO
ZASŁUGUJECIE

Entliczek, Pentliczek,
Co wygra Króliczek? Ups… Andrzej! , chyba ….
Entliczek pentliczek,
Czerwony stoliczek,
Na kogo wypadnie,
Na tego bęc!
Koło Fortuny wybrało: nie króliczek, nie entliczek, nie pentliczek ….. ale pracownik niebędący nauczycielem akademickim.
Na czerwonym, może zielonym stoliczku w 2023 roku położono los pracowników niebędących nauczycielami akademickimi. I w końcu, po dwóch latach zmagań, stało się: dla dobra ogólnego, w dniu z dnia 14 sierpnia 2025 roku, JM Rektor ogłosił w swoim komunikacie:
….”z dniem 1 września 2025 r. wchodzi w życie nowy Regulamin wynagradzania, w którym
jedną z najważniejszych zmian jest struktura stanowisk pracowników niebędących
nauczycielami akademickimi, obowiązująca w poszczególnych jednostkach, ich kategorie
zaszeregowania z uwzględnieniem przedziałów wynagrodzenia zasadniczego. Zostały one
opracowane w procesie wartościowania stanowisk pracy, który został przeprowadzony przez
powołany w tym celu zespół. Działanie to wynika z przyjętej przez wysoki Senat strategii
rozwoju naszego Uniwersytetu i stanowi ważny krok w kierunku podniesienia kultury
organizacyjnej Uczelni i stworzenia przejrzystego systemu rekrutacji i wynagradzania
pracowników, dostosowanego do aktualnych standardów oraz wymogów prawa, szczególnie
w odniesieniu do pracowników niebędących nauczycielami akademickimi. Pragnę przy tej okazji podkreślić, że wartościowanie i kategoryzacja stanowisk nie jest oceną
wartości pracy konkretnego pracownika (nie stanowi oceny jego pracy na danym stanowisku), lecz obiektywną próbą wyceny roli stanowiska pracy w danej jednostce organizacyjnej, z uwzględnieniem jej znaczenia w UWM. Opisy stanowisk umożliwią odzwierciedlenie stopnia trudności wykonywania obowiązków, w powiązaniu z niezbędnymi kompetencjami i odpowiedzialnością, a także ułatwią porównywalność zadań na tych samych stanowiskach w skali całej Uczelni.
Nowy regulamin jest efektem kilkuletnich prac, prowadzonych z udziałem nie tylko
wspomnianego zespołu, ale także przedstawicieli związków zawodowych, kierowników
jednostek oraz ekspertów w zakresie wartościowania stanowisk. Bardzo serdecznie dziękuję
wszystkim uczestnikom tego trudnego procesu za często ponadnormatywny wysiłek
przeznaczony na rzecz wykonania tego strategicznego zadania…”
Ele mele dudki,
Gospodarz malutki,
Gospodyni jeszcze mniejsza,
Ale za to robotniejsza.
I nie wiem czy bardziej pracowita? Czy może z innych powodów Pani Prorektor ds. finansów i spraw kadrowych dr hab. Mariola Grzybowska-Brzezińska spotkała się w dniu 23 września 2025 roku z członkami Solidarności z grupy pracowników niebędących nauczycielami akademickimi.
Ele mele hyc,
Gdzie się mamy kryć,
Czy pod słomę,
Czy pod dach,
Wszędzie mamy strach!
Entliczek, pentliczek… referent? specjalista ds. jakichś? , technik? A może jednak kierownik lub koordynator? Wybierz na kole fortuny. kim będziesz pracowniku. po wprowadzeniu nowych zakresów obowiązków i przydzieleniu do określonych kategorii zaszeregowania.
Jednostki wszak wskazały propozycje przydziału do określonych stanowisk. Ale jak? Przecież nie wszyscy mogą być specjalistami i dopiero okaże się w zaproponowanych zakresach, jakie stanowisko wygra pracownik na rozkręconym kole fortuny. Ale podobno niektórzy pracownicy wyszli zadowoleni ze spotkania.
I wróćmy do przytoczonego na samym początku Komunikatu Rektora:
….”nowe nazwy stanowisk – dotychczasowe nazwy stanowisk przestaną obowiązywać,
a ich przypisanie będzie wynikało z analizy opisów stanowisk i faktycznie
realizowanych zadań. Będzie obowiązywał spójny i przejrzysty system stanowisk
w poszczególnych jednostkach organizacyjnych.
….jasne zasady awansu – wprowadzony system stanowi podstawę do opracowania zasad
awansu pracowników niebędących nauczycielami akademickimi, które zostaną
określone w odrębnym zarządzeniu.”
Czyli Króliczek w Kapeluszu…. A może Króliczek z Kapelusza?
Co pracownik może wyciągnąć z rzeczonego Kapelusza ? Lub jaką propozycję, opracowaną w procesie wartościowania stanowisk pracy, przeprowadzonym przez powołany w tym celu zespół i po rzetelnej analizie otrzyma? Czy to będzie propozycja nie do odrzucenia? Być albo nie być w pracy po wielu latach?
Kto przez ostatnie lata ogłaszał konkursy i zatrudniał pracowników z zewnątrz, bez żadnego opamiętania, na zwolnione stanowiska ? I nagle kolejne larum na spotkaniu: jest za dużo pracowników w jednostkach uczelni! Ale nikt nie straci pracy! Nikt nie zostanie zwolniony? Jednocześnie podano, że w uczelni jest zatrudnionych ponad 130 pracowników, którzy weszli w wiek emerytalny. Nieważne, że wybrali kontynuowanie pracy bez przechodzenia na emeryturę. Dajmy im więc marchewkę, niech idą precz na emeryturę. Wszak dostaną przez rok kokosowe 300, 400 a może aż szokujące 450 zł? Podciągnijmy ich wszystkich pod jedną linię. Są już starzy, napracowali się, czego jeszcze chcą w pracy? Ale nie możemy ich zmusić do przejścia na emeryturę. Więc dajmy im przez rok gotówkową marchewkę, wskazaną w strategii kadrowej uczelni. A potem sio! Precz!. Przecież to naturalne, że powinni odejść, by umożliwić młodym pracownikom pozostanie w pracy. I to wbrew polityce państwa polskiego, promującej dłuższe pozostawania pracowników na rynku pracy!
A potem scalmy jednostki, stwórzmy centralny dziekanat i inne jednostki, powstałe w bliżej nieokreślonej wizji, powołanego „specjalistycznego zespołu”. Zadajmy władzom pytanie czy pracownicy będą mieli po procesach scalania, prawidłowe warunki do pracy, umożliwiające im realizację zadań?
Nie ma rzetelnej, popartej analizą uwarunkowań, odpowiedzi. Odpowiedź jest niewiadomą. Zobaczymy, jakoś to będzie?
Dużo wykrzykników! Los żywych ludzi na szali wizji kreowanej przez „specjalistyczny zespół”, dla tych , którzy godzili się przez ostatnie lata na upadlanie przez rządzących w togach ze słowem bożym na ustach.
Entele, pentele,
Sigi siaj,
Rapete, papete
Knot!
Entlik – pentlik,
Rypcium – pypcium,
Kukuryku na ręczniku,
Eus – deus, kosmadeus,
Tere – fere baks!
Funkcjonariusze z Placówki Straży Granicznej w Bezledach wspólnie z funkcjonariuszami CBŚP w Olsztynie odzyskali 2 skradzione samochody osobowe.

Kolejne działania funkcjonariuszy SG i CBŚP pod kątem zwalczania przestępczości samochodowej doprowadziły do zatrzymania pojazdów.

18 września w Gdyni, mundurowi zabezpieczyli 2 toyoty. Jedna z 2021, a druga z 2019 roku. Szacunkowa wartość odzyskanych aut wynosi 250 tys. zł. Funkcjonariusze SG i CBŚP ustalili, że samochody figurowały w bazach danych jako skradzione w Holandii i Polsce.

Link do komunikatu:
https://www.wm.strazgraniczna.pl/wm/aktualnosci/67954,Odzyskane-toyoty.html

Święte krowy w środowisku akademickim – o równości tylko na papierze
Uniwersytet z definicji powinien być wspólnotą ludzi nauki, przestrzenią uczciwej rywalizacji intelektualnej i miejscem, gdzie każdy, i to niezależnie od osobistych koneksji czy wewnętrznego układu, ma równe szanse na rozwój. W praktyce jednak coraz częściej widoczny jest mechanizm, który podważa ten ideał: jest nim różnicowanie pracowników pod względem obciążeń dydaktycznych i organizacyjnych – pisze prof. Grzegorz Krawiec z Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie.
Zjawisko to przybiera prostą, ale niezwykle dotkliwą formę. Z jednej strony mamy osoby, które prowadzą setki godzin zajęć w roku akademickim, często przekraczając granicę 400 godzin. Dodatkowo obarcza się je obowiązkami administracyjnymi i organizacyjnymi: przygotowywaniem raportów, koordynacją projektów, uczestnictwem w komisjach, prowadzeniem rekrutacji czy nadzorem nad studiami (a to tylko kilka przykładów). Tego typu aktywności pochłaniają nie tylko ogromną ilość czasu, ale także energii, którą można by poświęcić na pracę badawczą.
Równi i równiejsi
Z drugiej strony istnieje niewielka grupa osób, które w „tajemniczy” sposób unikają takich obciążeń. Mają mało zajęć dydaktycznych, często wręcz symboliczny wymiar pensum, a obowiązki organizacyjne ich nie dotyczą. Skutek jest łatwy do przewidzenia: ich kalendarze są wypełnione przede wszystkim pracą naukową – publikacjami, konferencjami, wnioskami grantowymi. To daje im oczywistą przewagę w rywalizacji o prestiżowe stanowiska i afiliacje. Nieprzypadkowo więc właśnie z tej grupy najczęściej rekrutują się osoby, które później znajdują zatrudnienie na najbardziej renomowanych uczelniach. Niekiedy dodatkowo wspiera ich autorytet znanych osób, co jeszcze bardziej ułatwia im ścieżkę awansu.
Trudno nie dostrzec, że taki stan rzeczy rodzi poważne pytania natury systemowej. Dlaczego władze instytutów i wydziałów pozwalają na istnienie „świętych krów”? Czy naprawdę nie dostrzegają, że w ten sposób naruszają zasadę równego traktowania pracowników, gwarantowaną nie tylko w regulacjach prawa pracy, ale także w samej Konstytucji RP? Czy nie rozumieją, że konsekwencją takiego przyzwolenia jest demotywacja i frustracja u tych, którzy – zamiast rozwijać własny dorobek naukowy – wykonują prace, od których uprzywilejowani koledzy są zwolnieni?
Uczelnie muszą dbać o równy podział obowiązków
Problem nie sprowadza się do indywidualnych emocji. Ma on charakter systemowy i długofalowy. Uczelnia, która toleruje faworyzowanie jednostek, wysyła jasny sygnał: najbardziej opłaca się nieuczciwa przewaga, a nie rzetelna praca. Warto być w grupie „wybranych”, bo tylko ona może w pełni poświęcić się badaniom i budowaniu kariery naukowej. Reszta, czyli ci, którzy realizują „ciężką” dydaktykę i żmudne zadania organizacyjne, zostaje zepchnięta na margines. Trudno o bardziej niebezpieczny mechanizm dla przyszłości nauki. Uniwersytet, zamiast wspólnoty badaczy, staje się instytucją hierarchicznego uprzywilejowania, w której wartości takie jak uczciwość, równość czy solidarność akademicka pozostają jedynie w sferze deklaracji.
Dlatego właśnie kluczową rolę odgrywają dyrekcje instytutów i władze wydziałów. To one mają realny wpływ na podział obowiązków. To od nich zależy, czy uczelnia stanie się miejscem rzeczywistej współpracy i równej rywalizacji, czy też pozostanie przestrzenią podwójnych standardów. Pytanie brzmi: czy obecna praktyka jest wynikiem świadomej polityki, czy raczej zaniedbania i obojętności? Tak czy inaczej: jej skutki są równie destrukcyjne. Uniwersytet nie może funkcjonować jak przedsiębiorstwo, w którym promuje się „gwiazdy” kosztem reszty zespołu. To instytucja publiczna, której celem jest wspieranie rozwoju nauki i edukacji. Jeśli fundament równości zostanie naruszony, cała konstrukcja – oparta na tradycji, autorytecie i zaufaniu – runie szybciej, niż nam się wydaje.
Autor: Grzegorz Krawiec
Czytaj więcej naPrawo.pl:
https://www.prawo.pl/student/swiete-krowy-w-srodowisku-akademickim-opinia-g-krawca,534954.html
Warmińsko-Mazurski Oddział Straży Granicznej rozpoczyna nabór do służby kontraktowej. Kontrakty będą mogli zawierać byli funkcjonariusze, a także osoby niezwiązane ze służbą.
Nowi funkcjonariusze kontraktowi będą służbę pełnić w placówkach Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Straży Granicznej oraz w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców w Kętrzynie.
Służba jest formą zatrudnienia w Straży Granicznej zawieraną na podstawie kontraktu na okres od 3 do 5 lat. 2.

Kandydaci (byli funkcjonariusze SG), którzy odeszli z formacji przed upływem roku, muszą złożyć podanie o przyjęcie do służby, wypełnić kwestionariusz osobowy, a także dostarczyć dokumenty stwierdzające wykształcenie i kwalifikacje zawodowe. Kolejnym etapem będzie rozmowa kwalifikacyjna oraz komisja lekarska. Były funkcjonariusz będzie pobierał emeryturę i dodatkowo w trakcie służby kontraktowej otrzyma ok. 5 400 na rękę. Ponadto do uposażenia będzie doliczany dodatek za posiadany stopień służbowy. Za służbę na granicy polsko-rosyjskiej otrzyma również dodatek graniczny.

Ustawodawca wyodrębnił 4 grupy kandydatów, którzy mogą ubiegać się do służby kontraktowej w Straży Granicznej:
1.kandydaci posiadający co najmniej wykształcenie średnie lub średnie branżowe;
2.kandydaci (byli funkcjonariusze SG), którzy przed upływem roku od dnia zwolnienia ze służby w Straży Granicznej złożyli podanie o przyjęcie do służby kontraktowej;
3.kandydaci (byli funkcjonariusze SG), którzy po upływie roku, lecz nie później niż po upływie 5 lat, od dnia zwolnienia ze służby w Straży Granicznej złożyli podanie o przyjęcie do służby;
4.kandydaci nieposiadający wykształcenia średniego lub średniego branżowego, jeżeli podczas postępowania kwalifikacyjnego zostanie stwierdzone, że posiadają oni specjalistyczne kwalifikacje, uprawnienia, doświadczenie zawodowe lub umiejętności pożądane ze względu na potrzeby kadrowe Straży Granicznej.

Mianowanie na okres służby kontraktowej następuje na stanowisko służbowe zaszeregowane do stopnia etatowego w korpusie szeregowych z wynagrodzeniem:
-do 26 roku życia (zwolniony z podatku dochodowego) – ok. 6 000 zł netto;
-po 26 roku życia (z podatkiem dochodowym) – ok. 5 400 zł netto.
Uposażenie ustalane będzie indywidualnie po uwzględnieniu wszystkich czynników m.in. staż służby/pracy, posiadany stopień służbowy.

Więcej informacji o naborze do służby kontraktowej:
https://www.wm.strazgraniczna.pl/ftp/wmosg/ZP/SLUZBA_KONTRAKTOWA.pdf
Link do komunikatu:
https://www.wm.strazgraniczna.pl/wm/aktualnosci/67771,Sluzba-kontraktowa-w-W-MOSG.html


Minister spraw wewnętrznych i administracji podpisał rozporządzenie w sprawie czasowego zawieszenia ruchu granicznego na przejściach z Republiką Białorusi
10.09.2025
Minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński podpisał w środę rozporządzenie w sprawie czasowego zawieszenia ruchu granicznego na przejściach z Białorusią. Zamknięcie przejść granicznych zacznie obowiązywać od północy 12 września br. do odwołania. Ta decyzja jest odpowiedzią rządu na zaplanowane rosyjsko-białoruskie manewry wojskowe „Zapad 2025”.

Celem zawieszenia ruchu granicznego na przejściach granicznych z Białorusią jest ochrona bezpieczeństwa granicy Polski, będącej jednocześnie granicą zewnętrzną Unii Europejskiej.
Zamykamy granice z Białorusią w związku z zagrożeniem wynikającym z manewrów Zapad. Służby podległe MSWiA oraz wojsko są w najwyższej gotowości. Ta decyzja ma charakter czasowy. Priorytetem jest dla nas bezpieczeństwo Polek i Polaków. Przejścia otworzymy, gdy będziemy pewni, że sytuacja nie stwarza dla nas żadnego zagrożenia
powiedział minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński.
Zawieszenie ruchu granicznego obowiązuje na obu kierunkach – wyjazdu z Polski na Białoruś i wjazdu do naszego kraju. Dotyczy zarówno transportu samochodowego, jak i pociągów towarowych. Kierowcy samochodów osobowych nie przekroczą granicy na przejściu drogowym Terespol-Brześć, natomiast kierowcy pojazdów ciężarowych przejścia drogowego Kukuryki-Kozłowiczy. Zostaną zamknięte trzy kolejowe przejścia graniczne dla ruchu towarowego: Kuźnica Białostocka-Grodno, Siemianówka-Swisłocz, Terespol-Brześć

– Ośrodki akademickie mają szczególną rolę, nie tylko naukową, ale także społeczną i kulturową. W trakcie nauki następuje tam formowanie młodych umysłów, kształtowanie wrażliwości i uważności na drugiego człowieka. Dlatego ważne jest, by panowała tam atmosfera właściwego traktowania się nawzajem wśród koleżanek i kolegów czy w relacjach z kadrą nauczycielską. Uczelnie powinny być przyjazne dla wszystkich, niezależnie od ich pochodzenia, płci, sprawności, wyznania, orientacji czy przekonań. Takie postawy wpojone w trakcie studiów przenoszone są potem na inne sfery życia rodzinnego, zawodowego, przez co kształtują nasze społeczeństwo – podkreśla Marcin Stanecki Główny Inspektor Pracy.
Szef Państwowej Inspekcji Pracy uczestniczył w inauguracji projektu „Uczelnia – przestrzeń bezpieczna od mobbingu i dyskryminacji” zorganizowanej na Uniwersytecie Warszawskim. Jego celem jest realna i trwała poprawa jakości środowiska pracy i nauki na polskich uczelniach. Ma on przyczynić się do tego, by wyższe uczelnie były przestrzeniami bezpiecznymi, otwartymi i wolnymi od zachowań niepożądanych.
Badanie zrealizowane przez Fundację Science Watch Polska w 2022 r. wśród pracowników naukowych polskich uczelni wyższych wskazało, że ponad 70 proc. z nich doświadczyło w swoich jednostkach naukowych nierównego traktowania. Aż 65 proc. respondentów jasno zaznaczyło, że doświadczyło mobbingu w miejscu pracy.
Wraz z uruchomieniem projektu „Uczelnia – przestrzeń bezpieczna od mobbingu i dyskryminacji” rusza konkurs na najlepsze praktyki antymobbingowe i antydyskryminacyjne.
W 2025 r. zostaną przeprowadzone pogłębione badania jakościowe, które pozwolą na lepsze zrozumienie skali i specyfiki zjawisk mobbingu i dyskryminacji na uczelniach. Ich wyniki posłużą do stworzenia raportu, który będzie punktem odniesienia dla kolejnych etapów projektu. Zwieńczeniem działań planowanych na ten rok będzie realizacja audytów na 20 uczelniach z całej Polski, które zgłoszą swoje działania w ramach ogłoszonego konkursu. Dzięki temu poznamy rzeczywiste praktyki funkcjonujące w instytucjach akademickich. Wyróżnione zostaną te, które zasługują na szczególne wyróżnienie.
– Konkurs i analiza praktycznych rozwiązań antymobbingowych, antydyskryminacyjnych stosowanych w poszczególnych uczelniach, to doskonałe źródło inspiracji dla innych środowisk, dla których szacunek i poszanowanie różnorodności są ważnym elementem życia zawodowego i społecznego. Na konferencjach Państwowej Inspekcji Pracy organizowanych w 2025 r. także stawiamy na wymianę i promocję dobrych praktyk antymobbingowych w środowisku pracy – podkreśla Marcin Stanecki.
Projekt „Uczelnia – przestrzeń bezpieczna od mobbingu i dyskryminacji – działania na rzecz wspierania polityki antymobbingowej i działań niepożądanych na polskich uczelniach” został przygotowany przez zespół pod kierunkiem prof. dr hab. Jacka Męciny i realizowany jest ze środków finansowych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Kolejne etapy projektu można śledzić w mediach społecznościowych oraz na stronie internetowej: https://bezpiecznauczelnia.com.pl/

Kokaina, marihuana przechwycona, a 3 osoby zamieszane w handel narkotykami w areszcie.
Funkcjonariusze z Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Straży Granicznej, przy wsparciu funkcjonariuszy z Zarządu Operacyjno-Śledczego Komendy Głównej Straży Granicznej wspólnie z KPP Lwówek Śląski zatrzymali 3 osoby zajmujące się handlem narkotykami. Mundurowi uderzyli w biznes narkotykowy 25 sierpnia we Wrocławiu. W trakcie działań nadzorowanych przez Prokuraturę Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu funkcjonariusze Straży Granicznej i policjanci przeszukali mieszkania i pojazdy osób podejrzanych. Zabezpieczono prawie 17 kg narkotyków o czarnorynkowej wartości prawie 2,8 mln zł (ponad 10 600 g kokainy i blisko 6 kg marihuany). Na poczet przyszłych kar zabezpieczono środki pieniężne w kwocie około 40 tys. zł. Zatrzymano BMW i CHEVROLETA o szacunkowej wartości 267 tys. zł.


Trzy osoby, dwóch mężczyzn i jedna kobieta usłyszeli zarzuty posiadania i wprowadzania oraz usiłowania wprowadzenia do obrotu znacznych ilości substancji odurzających. Decyzją sądu zastosowano wobec nich środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na okres 3 miesięcy.
Za handel narkotykami grozi im nawet 12 lat pozbawienia wolności.

Prof. Robert Traba: niemiecka nauka w badaniu wojny i okupacji w Polsce wyprzedziła naukę polską
PUBLIKACJA: 01.09.2025 Wywiady

Polska z racji własnych doświadczeń mogłaby stać się centrum międzynarodowych badań nad zjawiskiem okupacji; warto stworzyć ośrodek, który podejmowałby to zagadnienie. Taki instytut mógłby być jednym z priorytetów polityki państwa rozumiejącego zadania, które stawia przed nami historia – mówi PAP historyk prof. Robert Traba. – Jeśli sytuacja się nie zmieni – mówię to ze szczególnym akcentem na stronę niemiecką – jeśli Niemcy nie uznają ważniejszej roli Polski w swoim dyskursie publicznym, nie tylko historycznym, ale i współczesnym, to powstanie luka tożsamościowa. A jeśli w Polsce dalej będziemy sztucznie podsycać lęki antyniemieckie, w których lubuje się polska prawica wyłącznie w koniunkturalnych celach politycznych, to efekt będzie równie fatalny. I nie chodzi tylko obraz Niemca jako „wiecznego wroga”, ale antagonistyczny typ myślenia, na którego gruncie może wyrosnąć każda faszystowska czy nacjonalistyczna ideologia – podkreśla profesor w rozmowie z PAP
PAP: Czym się różnią kultury pamięci w Niemczech i w Polsce?
Prof. Robert Traba: Po pierwsze każda kultura pamięci jest inna. Nie tylko w porównaniu z krajami sąsiednimi, lecz także w konfrontacji z każdym innym narodem. Wynika to ze specyfiki rozwoju społeczno-politycznego, tradycji i doświadczeń kulturowych.
Po drugie nie istnieje jedna uniwersalna kultura pamięci Polaków, Niemców, itp. To, co rozumiemy pod pojęciem „pamięć kulturową Polaków”, składa się z wielu warstw i różnych sposobów pamiętania w zależności od regionu, pozycji społecznej, wyznania czy płci. Państwo jako najsilniejszy kreator pamięci zbiorowej próbuje wyznaczać narodowy kanon pamiętania: im bardziej rządy są autorytarne, tym bardziej ten kanon jest zamknięty, jednorodny, antagonistyczny, czyli wykluczający pamięci mniejszościowe. Podobnie jest w przypadku Niemców. Dlatego prosta odpowiedź na Pana pytanie prowadziłaby do błędnego wrażenia, że istnieją monolityczne narodowe pamięci Polaków i Niemców, a przecież wystarczy spojrzeć na konflikty pamięci toczone w Polsce, żeby wiedzieć, że tak nie jest. Różnice między naszymi krajami istnieją, ale dotyczą przede wszystkim samych procesów kształtowania pamięci.
PAP: Jakie to procesy?
R.T.: Kiedyś przygotowałem analityczne studium dotyczące muzeów martyrologicznych. W Polsce pierwsze takie muzeum powstało już w listopadzie 1944 roku na Majdanku. Niedługo później powstały kolejne, w Auschwitz i Stutthofie. Temat okupacyjnego cierpienia żył w Polsce nieprzerwanie, nawet w PRL, w warunkach ograniczonej suwerenności. Był oczywiście wykorzystywany politycznie, ale pozostawał obecny w przestrzeni publicznej.

W Niemczech pierwsze muzeum tego typu – Gedenkstätte w Dachau – otwarto dopiero w 1965 roku. Pięć lat wcześniej powstało Gedenkstätte w Sachsenhausen, jednak komentarze zachodnioniemieckiej prasy koncentrowały się nie na ofiarach, lecz na fakcie, że po wojnie obóz był także wykorzystywany przez NKWD. Lekceważono przy tym obecność tysięcy byłych więźniów, którzy przyjechali na uroczystości otwarcia. To pokazuje pierwszą strukturalną różnicę między Polską a Niemcami, czyli nierównoległość procesów pamiętania.
PAP: Jaka jest druga?
R.T.: Druga różnica wynikała z kontekstu zimnej wojny. W Niemczech pamięć o II wojnie światowej ukształtowała m.in. słynna mowa Winstona Churchilla z 1946 roku w Zurychu, w której głosił ius oblivionis, czyli prawo do zapominania, po to, żeby w obliczu ogromu zbrodni i niemocy ich natychmiastowego przepracowania móc budować demokrację. Ten czas przemilczania trwał do lat 60. Ale proszę zwrócić uwagę, że na przykład we Francji aż do lat 90. wypierano z publicznej debaty ciemne strony francuskiej kolaboracji, zbrodnicze decyzje wobec Żydów rządu Vichy itp. Mit fundacyjny IV i V Republiki to przede wszystkim bohaterstwo Resistance – francuskiego ruchu oporu.
W Polsce było inaczej. Nie było czasu na indywidualną czy grupową terapię ocalałych ofiar. Polacy jako ofiary niemieckiej agresji i zbrodniczej okupacji stali się częścią bieżącej polityki.
Zostali włączeni w narodowo-komunistyczny dyskurs, w którym podkreślano, że jedynym obrońcą Polski był Związek Sowiecki. Zmarginalizowano ruch oporu, głównie do Armii Ludowej, Gwardii Ludowej i ewentualnie Batalionów Chłopskich.
W NRD pamięć o wojnie została podporządkowana budowaniu nowej tożsamości antyfaszystowskiej. Była ona fikcyjna, bo w rzeczywistości wschodnie Niemcy ukrywały wielu dawnych nazistów. Paradoks czy ironia historii polegała dodatkowo na tym, że jedynie w NRD mówiono o „bohaterstwie polskich żołnierzy”, fundując im w 1972 roku pomnik – Pomnik Żołnierza Polskiego i Niemieckiego Antyfaszysty” w berlińskim Parku Friedrichshain.

Po 1968 roku w RFN nastąpił przełom. Po procesach Adolfa Eichmanna, po procesach załogi Auschwitz i Majdanka, wiedza o zbrodniach stała się powszechna. Pojawiły się dwa zjawiska: indywidualizacja pamięci oraz przekształcenie Holocaustu w fundament tożsamości zachodnich Niemiec. Symbolicznym momentem było wyemitowanie w 1979 roku amerykańskiego serialu „Holocaust” z Meryl Streep, który „upowszechnił” wiedzę o Zagładzie w szerokiej świadomości społecznej. Jednocześnie pamięć Niemców obejmowała też własne doświadczenia: klęskę pod Stalingradem, bombardowania Drezna, Hamburga czy Kolonii, a na końcu wojny – przymusowe wysiedlenia, które zakorzenione zostały w pamięci zbiorowej jako „wypędzenia” czy „prawo do utraconej ziemi rodzimej”.
To nie mogło się ułożyć w spójny obraz z polskim doświadczeniem. U nas okupacja była równoznaczna z walką o biologiczne przetrwanie narodu. W Niemczech okupacja – po niemiecku Besatzung – kojarzy się przede wszystkim z podziałem kraju na strefy okupacyjne po 1945 roku, a nie z doświadczeniem masowej zagłady i terroru. To semantyczne niezrozumienie dobrze pokazuje różnicę między polską a niemiecką pamięcią, mówiąc w dużym uproszczeniu. Niemcy ciągle nie do końca rozumieją, dlaczego Polacy tak mocno podkreślają własne doświadczenie okupacji, bo nie znają jej w takim znaczeniu, jakiego doświadczyło polskie społeczeństwo.
PAP: Jaka jest potoczna wiedza w Niemczech o polskiej okupacji podczas II wojny światowej?
R.T.: Zaryzykuję tezę, której jednak nie jestem w stanie potwierdzić konkretnymi miernikami, że potoczna znajomość niemieckiej okupacji Polski w Niemczech jest bliska zeru.
W 2018 roku byłem w zespole analizującym niemieckie podręczniki szkolne, a było ich wtedy na rynku około czterdziestu, i tylko dwa z nich wspominały o powstaniu warszawskim. Kilka, choć nie wszystkie, odnotowywały powstanie w getcie warszawskim. Natomiast pojęcie Generalne Gubernatorstwo (Generalgouvernement), czyli coś, co powinno być elementarzem historii Europy w czasie II wojny, bo było największym laboratorium śmierci w dziejach ludzkości, nie pojawiło się w żadnym podręczniku. O „akcji Reinhardt”, największej machinie zbrodni, w wyniku której zostało zamordowanych w ciągu półtora roku ponad milion osiemset tysięcy Żydów, nie było w ogóle mowy. Są oczywiście środowiska, które pielęgnują inną pamięć, ale znajdują się w niewielkiej mniejszości.

PAP: Czy ten brak wiedzy jest wynikiem braku niemieckich badań?
R.T.: Paradoks polega na tym, że gdy spojrzymy na dorobek niemieckiej nauki – szczególnie generacji badaczy 50 plus, a nawet młodszych, 30 plus – to badań na temat wojny i okupacji w Polsce powstało w Niemczech znacznie więcej niż w samej Polsce w ostatnich 30 latach. Po 1990 roku polska historiografia przesunęła wysiłek w stronę tematów wcześniej zakazanych: przede wszystkim okupacji sowieckiej i sowieckich zbrodni. W naturalny sposób wyparto z pola badań kwestie niemieckiej okupacji, mimo znakomitego dorobku wcześniejszych pokoleń badaczy: Czesława Madajczyka, Mariana Wojciechowskiego, Tomasza Szaroty, Czesława Łuczaka czy Włodzimierza Borodzieja, a obecnie zespołu Barbary Engelking. Ich dzieło nie doczekało się kontynuacji.
Obrazu nie zmieniają głównie przyczynkarskie publikacje IPN. Nie zdążyły się rozwinąć prace badawcze Muzeum II Wojny Światowej, w zespole kierowanym przez profesora Pawła Machcewicza. W tym czasie niemieccy historycy prowadzili coraz głębsze studia nad okupacją Polski. Prace takich niemieckich historyków jak Jochen Böhler, Stephan Lehnstaedt, Maren Roeger czy Dieter Pohl są kamieniami milowymi w badaniach dotyczących okupacji.
Ci badacze nie tylko badają historię Polski, ale mogliby proponować polskim badaczkom i badaczom tematy, ponieważ zajmują się tymi sprawami od lat. Muszę to powiedzieć wyraźnie: niemiecka nauka w badaniu wojny i okupacji w Polsce wyprzedziła naukę polską.
Dzisiaj powstaje chyba tylko jedna wspólna praca, która może być impulsem dla następnej generacji. Pod kierunkiem Pawła Machcewicza i Stephana Lehnstaedta pracuje polsko-niemiecki zespół badawczy nad tomem „Polska pod okupacją niemiecką 1939-1945”, który przygotowuje syntezę wszystkich ważnych aspektów historii polsko-niemieckich stosunków w latach 1939-1945. Publikacja ukaże się po polsku i po niemiecku. Będzie zawierać rozdziały m.in. o niemieckich planach okupacyjnych, polityce wyzysku i eksterminacji, życiu codziennym i ruchu oporu, nie pomijając kwestii współpracy z okupantem.
PAP: Jaka mogłaby być polska reakcja na wspomniane zaniedbania?
R.T.: Odpowiedzią mogłoby być powołanie Instytutu Badań nad Okupacją, o czym mówiłem publicznie już dziesięć lat temu, gdy wydaliśmy wspólnie z Anną Wolff-Powęską i Katarzyną Woniak tom „Fikcyjna rzeczywistość”, który podsumowywał stan badań nad niemiecką okupacją i wskazywał nowe tematy, szczególnie z historii codzienności. Polska z racji własnych doświadczeń i posiadanych podstaw badawczych mogłaby stać się centrum międzynarodowych badań nad tym zjawiskiem. Okupacje były, są i będą, więc warto stworzyć ośrodek, który w poważny sposób podejmowałby to zagadnienie. Taki instytut mógłby być jednym z priorytetów polityki państwa rozumiejącego zadania, które stawia przed nami historia.
Tę lukę mógł wypełnić w wymiarze edukacyjnym polsko-niemiecki podręcznik „Europa. Nasza historia”. Mówię o tym w czasie przeszłym, ponieważ to koło zamachowe, które uruchomione zostało w 2008 roku, zostało zatrzymane w 2020, po opublikowaniu ostatniego czwartego tomu. W Polsce stało się tak za sprawą nacjonalistycznych tendencji ministra edukacji Przemysława Czarnka, który sprowokował ideologiczną recenzję Grzegorza Kucharczyka, uniemożliwiającą dopuszczenie podręcznika do użytku szkolnego. Trzeba pamiętać, że w polskim systemie są materiały pomocnicze i podręczniki – negatywna recenzja sprawiła, że ten projekt pozostał jedynie w pierwszej kategorii i nie mógł wejść do powszechnej edukacji.
W Niemczech sytuacja była inna, ale równie rozczarowująca. Mimo że czwarty tom podręcznika poświęcony XX wiekowi otrzymał najważniejsze wyróżnienie na międzynarodowych targach Didacta w 2021 roku jako najlepszy podręcznik do historii współczesnej, niemieccy politycy nic nie zrobili, by uczniowie mogli się z niego uczyć. Po stronie polskiej zablokowały go względy ideologiczne, po stronie niemieckiej – polityczny oportunizm.
Efekt jest taki, że koło zamachowe nie zostało ponownie uruchomione z tym impetem, z jakim mogło. Materiał istnieje, ale podręcznika w Polsce nikt nie drukuje. Co więcej, polskie instytuty w Niemczech zamiast wspierać własne wydanie, kupują wersję niemiecką, by udostępniać ją niemieckim nauczycielom. A przecież nie o to chodziło. Ideą było stworzenie wspólnego podręcznika funkcjonującego zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, prezentującego identyczną narrację o XX wieku. Całość obejmowała całą historię w czterech tomach, ale to właśnie tom czwarty o wieku XX zawierał wyjątkowo obszerną część dotyczącą Europy Wschodniej i Polski. W żadnym innym podręczniku na świecie, nie tylko niemieckim, nie ma tak szczegółowego i rzetelnego ujęcia tych tematów. To była ogromna szansa – szansa stracona przez krótkowzroczność polityków, ideologiczne uprzedzenia i oportunizm, a także przez niektórych kolegów po fachu, którzy na polityczne zlecenie pisali negatywne recenzje.
PAP: W lipcu ubiegłego roku polskie Ministerstwo Edukacji Narodowej dopuściło do użytku szkolnego ostatnią część podręcznika „Europa. Nasza historia”.
R.T.: To jest kolejna gra pozorów. Sam fakt dopuszczenia podręcznika niewiele znaczy. Każdy tom kończył się uroczystym spotkaniem z udziałem ministrów, prezentowany był jako kolejne wspólne dzieło – i tak aż do czwartego tomu. Jednak ani on, ani całość projektu nigdy nie zostały politycznie docenione na miarę, na jaką zasługiwały.
Kiedy otrzymaliśmy europejską nagrodę za ten podręcznik, francuski historyk Étienne François – współautor pierwszego na świecie francusko-niemieckiego podręcznika – powiedział: „Zrobiliście to dużo lepiej”. I miał rację. Stworzyliśmy prawdziwy podręcznik – taki, z którego można się uczyć zarówno w Düsseldorfie czy Freiburgu, jak i w Meklemburgii czy Brandenburgii, a także w Polsce.
Narracja była skonstruowana jak w zwyczajnym podręczniku, a przykłady koncentrowały się na Polsce i Niemczech, zwłaszcza na Śląsku i Alzacji, ale całość miała charakter uniwersalny. To był podręcznik konkurencyjny wobec wszystkich innych, a moim zdaniem najlepszy. Straciliśmy szansę dwójnasób. Straciliśmy ją wewnętrznie, bo nie potrafiliśmy wykorzystać własnego osiągnięcia, i straciliśmy ją w relacjach polsko-niemieckich.
To mogło być narzędzie polskiego soft power, które zwłaszcza po przetłumaczeniu na angielski mogłoby funkcjonować nie tylko w Niemczech, lecz w całej Europie.
PAP: Jakie będą skutki dalszych zaniedbań na gruncie polsko-niemieckich badań?
R.T.: Blisko dziesięć lat temu zakończyłem największy naukowy projekt polsko-niemiecki, realizowany z udziałem 117 autorek i autorów z sześciu krajów: „Polsko-niemieckie miejsca pamięci”. Chodziło o to, by spróbować zrozumieć, dlaczego, odnosząc się do tych samych wydarzeń, postaci czy symboli pamiętamy je tak odmiennie, czasem wręcz konfrontacyjnie. Chciałem, by to dzieło ukazało się w renomowanym niemieckim wydawnictwie Beck – jednym z najpoważniejszych w Europie. Usłyszałem jednak, że projekt jest „za mało europejski”. Strasznie się wtedy zdenerwowałem i powiedziałem redaktorowi: „Zobaczy pan, i tak to wydam”. I tak też się stało – ukazało się w renomowanym wydawnictwie Schöningh Verlag. Ale proszę pomyśleć: dwa kraje, które razem stanowiły kiedyś jedną trzecią Europy, miałyby być „za mało europejskie”? A przecież właśnie poprzez nasze bilateralne doświadczenie można opowiadać całą historię Europy.
Trzeba pamiętać, że już w 1972 roku powstała Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa Historyków i Geografów – pierwsza instytucjonalna próba wspólnego badania i rozumienia historii. To było jak koło zamachowe liberalnego, otwartego myślenia w samym środku PRL-u. Jeśli dziś nie będziemy rozwijać tamtego dorobku, to stracimy możliwość opowiadania Europy poprzez relacje Polski i Niemiec. Bo w tych relacjach koncentrujemy się na najważniejszych wydarzeniach nie tylko XX wieku, ale i wcześniejszych dziejów. Niestety, wiele już zmarnowano. Dziewięciotomowe „Polsko-niemieckie miejsca pamięci” nie funkcjonują w sieci, nikt nie zadbał o ich upowszechnienie. Podobnie jest z podręcznikiem. Pewne rzeczy zostały zaprzepaszczone.
Jeśli sytuacja się nie zmieni – mówię to ze szczególnym akcentem na stronę niemiecką – jeśli Niemcy nie uznają ważniejszej roli Polski w swoim dyskursie publicznym, nie tylko historycznym, ale i współczesnym, to powstanie luka tożsamościowa. A jeśli w Polsce dalej będziemy sztucznie podsycać lęki antyniemieckie, w których lubuje się polska prawica wyłącznie w koniunkturalnych celach politycznych, to efekt będzie równie fatalny. I nie chodzi tylko obraz Niemca jako „wiecznego wroga”, ale antagonistyczny typ myślenia, na którego gruncie może wyrosnąć każda faszystowska czy nacjonalistyczna ideologia.
Jesteśmy w największym kryzysie w relacjach polsko-niemieckich od trzydziestu lat. W Niemczech Polska nadal pozostaje na dalekim marginesie polityki.
Interesują się nią pasjonaci, towarzystwa polsko-niemieckie czy przyjaciele Polski, ale to wciąż za mało. Brakuje politycznego sygnału, że ten dorobek ma być pokazany światu. Oddolne inicjatywy są niezwykle ważne, ale sukces można osiągnąć tylko łącząc je z odgórną polityką. A przecież dorobek jest ogromny i wciąż do wykorzystania. Co należy robić? Polityka – aktywna, z otwartą przyłbicą – powinna wypromować nową jakość relacji polsko-niemieckich. Relacji, które mogłyby stać się zwornikiem i impulsem dla całej Unii Europejskiej.
Prof. Robert Traba – profesor nauk społecznych i historyk w Instytucie Studiów Politycznych PAN. W latach 2007-20 współprzewodniczący Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej i wspólnie z prof. Michaelem Müllerem współkierujący projektem bilateralnego podręcznika do nauki historii. Autor i redaktor wielu książek, ostatnio m.in. „Historia (nie) na sprzedaż”
Rozmawiał Igor Rakowski-Kłos (PAP)
