dr Andrzej Kwiatkowski, prof. Uniwersytetu Kaliskiego
przewodniczący NZZP Uniwersytetu Kaliskiego
Pacyfikacja samotnych wspólnot uczelnianych
-polskie szkolnictwo wyższe
(Niniejszy artykuł, opublikowany w Forum Akademickim nr 6/2025, Autor przekazuje na ręce Pana Andrzeja Adamowicza, w uznaniu jego działań na rzecz polskich wspólnot uczelnianych)
Model wyższych szkół zawodowych, wprowadzony w roku 1997, był znamienny dla dalszych losów wszystkich uczelni wyższych. Kształtował się w przestrzeni publicznej, odzwierciedlającej w coraz wyższym stopniu pogłębiające się procesy polityzacji całej administracji publicznej III RP. Centralizacji tych szkół sprzyjał statut, przystający raczej do podmiotu prywatnego. Zacierano kompetencje organów stanowiąco – kontrolnych i wykonawczych, wprowadzono iluzję mechanizmów demokratycznej kolegialności akademickiej, pozbawiającej wpływu pracowników na życie uczelni, a instrumenty kontroli i nadzoru służyły koncentracji władzy. W konsekwencji j e d y n e organy kolegialne uczelni o faktycznych uprawnieniach władczych usytuowano na szczeblu najwyższym uczelni, a inne – jeśli powstały – mogły być (chociaż nie musiały) „przystawką” wymienionych. Taki ustrój umożliwiał prowadzenie do uczelni nominatów partyjnych czy przedstawicieli innych grup społecznych.
Ogromny majątek publiczny, który otrzymały do dyspozycji organy tych uczelni, dostał się w obręb zarządu publicznoprawnego, umniejszanego malejącą kontrola i nadzorem ze strony społeczności uczelnianej. Podobny los spotykał zarząd sprawami ludzkimi. W dowolny sposób w statutach wielu uczelni ukształtowano sferę powoływania i odwoływania piastunów różnych urzędów. Zgodnie z niektórymi zapisami w statutach niektórych uczelni rektor nie został związany przepisami, uwzględniającymi zasady prawa pracy i prawa cywilnego, miał więc możliwości powoływania dowolnej osoby na stanowisko kierownicze i odwoływania na przykład dziekana, nie podając żadnej przyczyny.
Demontaż właściwy
Nadszedł czas na przejęcie „wolnych” jeszcze do tej pory uniwersytetów i politechnik. Ustawa z 2018 r. Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce umożliwiała dalsze rozmontowanie uczelni wyższych. Polityczne zakotwiczenie właściwego ministra d. s. szkolnictwa wyższego umożliwiło wprowadzenie nieokreśloności nadzoru hierarchicznego nad nimi. Gdy aktualnie sprawujący władzę w Polsce słabiej identyfikują się z porządkiem prawnym (naruszanie Konstytucji, władzy sądowniczej itd.), cała podległa im administracja rządowa (i nie tylko) działa także w sieci także nieformalnych układów. Wówczas minister ten (jak i inni) może rządzić dyskrecjonalnie a wartości i zasady kontroli i nadzoru nad uczelniami wyższymi są wynikiem oddziaływania partyjnego.
Dynamika „nowego porządku” zastępuje prawo, umożliwia przyznawanie jednym uczelniom wielomilionowych środków finansowych bez uprzedniego przyjęcia jakichkolwiek w tej mierze kryteriów, marginalizowanie roli i znaczenie ciał buforowych, jak na przykład Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego czy Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów. Udzielanie zezwoleń na otwieranie na przykład kierunków lekarskich na uczelniach prywatnych, pożądane, oczywiście z punktu widzenia społecznych potrzeb, nie musi się odbywać w warunkach jakichś racjonalnych, uporządkowanych reguł. Polityczne działania mogą uruchamiać ewolucję instytucjonalną danej uczelni w formie na przykład uniwersytetu, dotykać także innych sfer, jak na przykład dyscyplinowanie naukowców, którzy prowadzą badania, niezgodne z zamysłami centrum ministerialnego. Powstaje przestrzeń dla legitymizowania i innych procedur szkolnictwa wyższego, w ramach których zasadne będzie żądanie od kandydatów na studia zaświadczeń od proboszczów, obrona „swoich” ludzi, bagatelizowanie problemu nie zgłoszenia kandydata na rektora przez radę uczelni , gdy pojawi się kandydat, zagrażający ć kandydatowi, który p o w i n i e n wygrać wybory itd.
We wskazanym wyżej „porządku” znakomicie mieści się mocniejsza pozycja rektora, ma przecież zlikwidować instytucję, która narzuca ideologiczne ograniczenia i nie sprzyja radykalnym reformom politycznym, prowadzonym przez kolejnych „właścicieli” III RP. Urok jego władzy jest niewyobrażalny, towarzyszą jej ogromne pieniądze i splendor, rozdzielanie synekur, niemalże totalny zarząd sprawami niematerialnymi i niematerialnymi, o czym czasami dowiaduje się opinia publiczna z opisu patologicznego działania konkretnej uczelni. Trwa ona jedną lub dwie kadencje, ale dzięki umiejętnym działaniom jej insygnia mogą być przekazywane następcom. Sprawa nie jest tak trudna, umniejszanie lub marginalizowanie oddziaływania zasady republikańskiej niezbyt skomplikowane.
Senat uchwali akty statutowo-regulaminowe, nie zagrażające istniejącemu na uczelni „układowi”, po czym utwierdzi je rada uczelni. W rezultacie trzonem i ostoją tego nowego uczelnianego prawa będą reguły/normy, tkwiące w nim samym, a nie w rytmie ewoluującej wspólnoty – ona nie ma ona nic do powiedzenia, jest tłem Zawarte w nich postanowienia są przecież środkiem do osiągania określonych celów, nikt nie będzie miał odwagi pytać, czy ich ocena jest dokonywana z punktu widzenia realizacji aspiracji, zaspokojenia potrzeb ogółu, tych czy innych grup.
Gdy określono już wyraźnie przestrzeń dla działania prawodawców następnym działaniom w spacyfikowaniu uczelni sprzyja jej korporacyjny uniform, w który łatwo jest wbudować matrycę pozbawienia ludzi poczucia wspólnoty. Pierwszym najważniejszym krokiem w tej mierze jest kasacja rad wydziałowych, gdyż mogą być one rozsadnikiem rodzących się w nich, groźnych dla nowej władzy więzi instytucjonalnych. Uzasadnienia są banalne proste: będą przeszkadzać w szybkim podejmowaniu decyzji, prowadzić jałowe dyskusje itd. Decentralizacja uczelni wyższej sytuuje na innym poziomie organizacyjno-funkcjonalnym status prawny kadry dziekańskiej, która odpowiada także przez zespołami ludzkimi, a nie tylko, jak w układzie hierarchicznym, przed rektorem. Pozbawienie kadry administracyjnej oparcia w przyjaznych dla nich strukturach dokonuje się poprzez osłabienie pozycji kierowników jednostek organizacyjnych, będące konsekwencją sporządzenia umiejętnych zapisów w uczelnianych aktach prawnych.
Nowy „porządek” uczelniany obejdzie się bez prowadzenia jakiejkolwiek polityki kadrowej i płacowej, wszak mają one mieć one charakter żywiołowy, ukryty, zastąpiony zależnymi od woli rządzących awansami, nobilitującymi i utwierdzającymi wąską grupę beneficjentów. I dlatego niektórzy, wyselekcjonowani w obszarze oddziaływania różnego typu kontaktów nieformalnych (partyjnych, rodzinnych, towarzyskich) uczestniczą w nierównym podziale środków na wynagrodzenia, co umożliwia ustawa o ochronie danych osobowym. Profesor „belwederski” może zarabiać mniej od wykładowcy, inny uczony może otrzymywać duże wyższe wynagrodzenie, od innego, zatrudnionego na tym samym stanowisku. Podobna patologia może obejmować działania w sferze przekazywania dodatkowych apanaży w postaci innych beneficjów, na przykład nagród, dodatków funkcyjnych, premii, przyznawania odznaczeń itd.
Pracownicy
Nie można negować istoty i potrzeby wprowadzenia nowego korporacyjnego ładu, gdyż jest oczywistą odpowiedzią na wyzwania globalizmu, płynność struktur społecznych, chaos otoczenia instytucjonalnego, stopniowe wycofywanie się państwa z bezpośredniej realizacji zadań publicznych. Zamiast jednak nadać mu cechy pozytywne, dążyć do demokratyzacji i budowy silnych wspólnot uczelnianych, w reformie polskiego szkolnictwa wyższego utrwalono, poza wskazami wyżej deformacjami ustrojowymi, także wzorce podległości pracowniczej. Proces z tym związany uruchomił system wynagradzania, który miał spowodować, jak się wydaje, c e l o w ą pauperyzację pracowników uczelni, uzależnienie ich od władzy politycznej, od rządzących uczelnią. Zamożny naukowiec może chcieć s t a w a ć się (być) wolnym, próbować wypowiadać samodzielne sądy, walczyć o interes uczelni, którego nie musi utożsamiać z interesem rektora i zależnej od niego wąskiej kadry.
Szerokie rzesze pracowników polskich uczeni wyższych, w tym pracownicy administracyjni, otrzymują wynagrodzenia, które nie mają przymiotu godnego, uczciwego i sprawiedliwego. Przygnębiające jest porównanie ich do poziomu płac ludzi, znajdujących się w warunkach protekcjonizmu, faworytyzmu, znamiennych dla innych struktur upolitycznionego państwa. Kreatywni absolwenci nie są zainteresowani karierą naukową, a ci, którzy zostają, boją się. Jedni umieją się odnaleźć się w działaniach, poddanym „wymiernym” ocenom, tym bardziej, gdy na przykład znajdą się wąskiej grupie, otoczonej kuratelą rektora. Inni, gdy zauważą swoją bezsilność, stają się bierni, zabezpieczają się”, wolą być posłuszni, czyli robić to wszystko, czego nauczyli się od nauczycieli w szkołach podstawowych i średnich W okowach pauperyzacji, w gorsecie więzów politycznych, utracie wartości, odradza się celowo jakby zaaplikowany przez władzę polityczną homo sovieticus.
Samotny, egzystujący we wspólnocie, która jest nią tylko z nazwy, pozbawiony możliwości wpływu na działalność uczelni, patrzy „z góry” na „umasowienie kształcenia”, wyciąga wnioski, które legitymizują j e g o ogląd historii i teraźniejszości, ukazują j e g o wyższość nad studiującymi. Może stać się aroganckim nauczycielem i sędzią, bezkompromisowym i bezideowym, a przy tym racjonalnym. Podobnie jak i władza uczelniana, przyznaje innym prawo do własnego zdania, ale musi być ono zgodne z jego opinią. Sięga do oceny całego młodego pokolenia jego zdaniem zakłamanego i bezideowego, leniwego, którego (jak uważa J. Hartman) „Ambicje ograniczają się dziś do tego, żeby zdobyć papiery i dobrze płatna pracę, dzięki której będzie można przyjemnie żyć i dobrze się bawić /…/ dla którego „Skłamać, ściągnąć, splagiatować – to jak splunąć”. Jest oczywiste, iż on sam jest inny, nie ma takich cech, zwalcza plagiaty, wypowiada się równie mocno o uczelniach, które rozdają dyplomy MBM niemalże „za nic”, działa w strukturach uczelnianych, dba o interes ogółu.
Wyobcowany, pozbawiony mocnego oparcia ekonomicznego i prawnego, uważa, że zawsze ma rację, jego zdaniem najważniejsze są dyplomy tzw. „renomowanych”, w tym amerykańskich, status poziomu intelektualnego wyznaczają pobyty w teatrze czy filharmonii, znajomość Platona, a stosowane przez niego kryteria pozwalają wyróżnić „elity” i „elitarnych profesorów”, gdy – oczywiście – on należy do jednych i drugich. I jest przecież oczywiste, że nie przeciwstawi się, gdy w miejscu pracy zamiast absolwenta Harvard University przyjmą absolwenta prowincjonalnej polskiej uczelni, pochodzącego z rodziny burmistrza. Jak mógłby on, racjonalista, a przy tym także konformista, przeciwstawić się władzy, która „daje i dzieli”?
Uwagi końcowe
Istotę polskiego szkolnictwa wyższego określają w istotnym stopniu zagwarantowana konstytucyjnie autonomia, reguły procesu bolońskiego, malejąca liczba studentów i środków subwencyjnych. O ustroju struktur uczelnianych przesądziła ustawa z 2018 r o szkolnictwie wyższym i nauce, umożliwiając takie pojmowanie autonomii, w ramach której prowadzone działania wcale nie muszą mieć koniecznego związku z prawem, czyli instytucją ważną społecznie, zawierającą zbiór zobiektywizowanych zasad i wartości. Z tych m.in. względów polskich uczelni wyższych nie można ujmować w kategoriach decentralizacyjnych, ale raczej letaprywatycyjnych, które część majątku publicznego oddają w ręce prywatne.
Żywioł postępującej politycyzacji ugruntował ów pogląd, umożliwił pacyfikację wspólnot uczelnianych: postępujący proces oligarchizacji i zredefiniowanie statusu społecznego i prawnego pracownika. Autokracja rektora musi się dokonać przez ignorowanie prawa, możliwość wyboru lojalnych kandydatów do organów uczelnianych, przejęcie pełnej kontroli nad społecznością uczelnianą. Emancypacja w sferze kształtowania działań, dyskurs, kształtowanie swobodnej opinii – to wszystko musi być zastąpione przez subordynację, określającą kontekst strukturalno-funkcjonalny uczelni zorganizowanej w formie piramidy. Na najwyższym szczeblu jest rektor, niżej znajduje się wyselekcjonowana jego wolą elita, rządząca podległymi pracownikami, pośród których istotne znaczenie mają ci, którzy dostarczą najwięcej punktów w procesach ewaluacyjnych. Piramidę tą „pudrują” tylko pewne działania o charakterze demokratyzacyjnym, jak na przykład regulacje dot. sygnalistów, funkcjonowanie pełnomocników do różnych spraw, umiejscowionych de facto w strukturze hierarchicznej. Dydaktyka jest mniej ważna, biblioteka nie jest potrzebna, interesariusze odgrywają mniejszą rolę, funkcje ogólnokulturowe stają się zbędnym balastem. W ustroju uczelni, realizującym wolę tych, którzy wygrali wybory rektorskie, można negować głosy sprzeciwu, dążyć zasadnie do minimalizowania roli i znaczenia zorganizowanych już oponentów, na przykład związków zawodowych, wykorzystywać instrumenty pozbawienia prawa głosu krytyków.
Zgodnie z logiką polskiego uczelnianego profetyzmu społecznego pracownicy nie mogą mieć możliwości wpływu na rozwój uczelni. Próby zmiany statusu społecznego i prawnego będą powstrzymane przez uczelnianych prawodawców i przedstawicieli kadr kierowniczych, którzy usadowili się w tej piramidzie i zyskują najwięcej przy podziale środków finansowych, co tłumaczy także bajońskie pensje rektorów. Tak sformatowane polskie szkolnictwo wyższe nie ma szans rozwoju bez podjęcia radykalnych kroków, do których należy zaliczyć wprowadzenia reguł demokratycznych, nowelę kompetencji organów uczelnianych, procedur wyboru rektora oraz związanych ze statusem prawnym pracownika, a wreszcie określenie reguł zarządzania kadrami i finansami.
Stara chińska myśli zawiera sentencję: „Jeśli planujesz rok do przodu, siej zboże; jeśli planujesz na dziesięć lat do przodu, sadź drzewo; jeśli planujesz na całe życie, kształć i wychowuj ludzi”. Nie jest to możliwe w panoptykonie.
