O DURNYCH TABELKACH, KTÓRE WCALE NIE SĄ DURNE

Pod naszym pytaniem o awanse na Wydziale Nauk Ekonomicznych pojawił się komentarz, którego autor wyznaje, że danych nie ujawni, bo wywołałyby „kolejną petycję” i zmusiły „armię ludzi” do odpowiadania na pytania „najczęściej bzdurne”. Dziękujemy za tę szczerość. Jeśli zwykłe pytanie, komu pomagano w awansie, a kto radził sobie sam, budzi wizję armii i lawiny petycji, to problemem nie jest pytanie. Problemem jest odpowiedź.

Rozwiejmy od razu wątpliwość, która komuś spędza sen z powiek. Tak, zaczęliśmy od WNE. I owszem, zawdzięczamy to światłu pewnej gwiazdy, tej samej, która zdaje się wierzyć, że na firmamencie może świecić tylko ona. Im jaśniej ktoś rozświetla własne dokonania, tym dłuższy cień rzuca na to, co wolałby ukryć. A skoro trwa gorączkowe szukanie, kto donosi, odpowiadamy bezpłatnie: donosicie sami. Wystarczy mówić za dużo, za głośno i niewłaściwym osobom.

Teraz sedno. Czy komukolwiek na tym Wydziale realnie pomagano w awansie naukowym, albo choćby to zaproponowano, w ramach obowiązków, za które pobiera się pieniądze? Bo wspieranie rozwoju podwładnych to nie uprzejmość, lecz opłacona praca. Kierownik katedry i dziekan dostają dodatki funkcyjne i obniżone pensum nie po to, by mieli lżej, ale po to, by tworzyć innym warunki rozwoju. To zakres obowiązków, nie łaska. I dlatego wolno o to pytać.

Wiemy, jak brzmiałaby uczciwa odpowiedź.

Wielu powie: nie pomógł mi nikt. Plan rozwoju istniał na papierze, mentoring w prezentacji, procedury działały wybiórczo. I tę odpowiedź da się udowodnić dokumentami. Władza nie udowodni, że było inaczej, bo nie sposób okazać wsparcia, którego nie udzielono. Stąd ten skowyt. Nie z troski o spokój „armii ludzi”, lecz z tego, że pewnych rzeczy nie da się odkręcić, gdy raz trafią na papier.

Autor porównuje nasze pytanie do pytania, ile bramek strzelił Lewandowski, a ilu nie. Bramki Lewandowskiego liczy cały świat, bo padają jawnie, według tych samych reguł dla wszystkich. My pytamy właśnie o reguły. Czy jednym podstawia się drabinę, a innym podwyższa poprzeczkę.

I tu owe „durne tabelki”. One nie są durne. Irytują, bo mają pokazać czarno na białym to, co każdy czuje, a czego nikt nie wyłożył na stół: że nad wieloma wisi szklany sufit nie do przebicia, choćby nie wiem ile pracowali. Tabelka nie ocenia, kto lepszy. Pokazuje, kto dostał wsparcie, a komu kazano radzić sobie samemu. Dlatego boją się jej ci, którym wsparcia nigdy nie brakowało.

To nie dociekania znikąd. W sprawie WNE skierowaliśmy pisma, których nikt nie nazwie bzdurnymi: do Rektora o regulaminy ocen, nagród i awansu, do Najwyższej Izby Kontroli o nieprawidłowości w środkach publicznych, do Polskiej Komisji Akredytacyjnej o jakość kształcenia, do Ministerstwa Nauki o brak sformalizowanych kryteriów awansu, do Centralnego Biura Antykorupcyjnego o konflikt interesów, do Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa o finansowanie studiów. Każde z numerem, datą i podpisem. Z naszych ustaleń wynika, że miesięczne dodatki funkcyjne kierownictwa Wydziału sięgają niemal dwudziestu czterech tysięcy złotych, a studia podyplomowe kosztowały ponad dwa miliony dwieście tysięcy przy zerowym przychodzie w systemie uczelni. To nie fantazje. To pytania zadane oficjalnie, na które oficjalnie trzeba odpowiedzieć.

Pada zarzut o zasługi PRAWDY, bo nasz kandydat dostał w wyborach Rektora jeden głos. Owszem. Tyle że nasz kandydat nie rozdaje pieniędzy ani nagród za przysługi, owych przysług skrzętnie ukrywanych, bo najczęściej ich po prostu nie ma. Bywa, że zasługą jest głos oddany na dyktando, w zgodzie z oczekiwaniem, a nie z sumieniem. Takich zasług nie mamy i mieć nie chcemy. Jeden głos i kilkadziesiąt pism w obronie konkretnych ludzi to niezły bilans jak na związek, którego rzekomo nikt nie popiera. Organizacjom, które nic nie znaczą, nie poświęca się tylu nerwów.

A skoro o nagrodach mowa: do dziś nie dostaliśmy żądanych danych o wynagrodzeniach, dodatkach i nagrodach osób w różnych komórkach uczelni. Czekamy, bo prawo jest po naszej stronie, a dane dotyczą środków publicznych i osób pełniących funkcje publiczne, nie prywatności. Gdy ujrzą światło dzienne, niejednemu otworzą oczy.

Jedna uwaga porządkowa. Osoba przywołana w komentarzu nie pełni już funkcji przewodniczącego, więc rozważania o jej dawnej roli straciły aktualność. I nie będziemy zgadywać, jak ktokolwiek głosował, bo to jego sprawa. Różnica między nami a anonimem jest prosta: my pisma podpisujemy imieniem i nazwiskiem. Komentarz bez podpisu, który innym wypomina odwagę pytania, broni się sam. A raczej nie broni.

Słyszymy ten skowyt i przyjmujemy go ze spokojem. To dobry znak. Po kolei, po cichu, sprawa po sprawie, wszystko wyjdzie na jaw, a odpowiadać będą nie ci, którzy pytają, lecz ci, którzy dotąd nie chcieli. Komu pomagano w awansie, a kto radził sobie sam? Komu dano mentoring i plan rozwoju, a komu nigdy? Odpowiedzi nie zastąpi metafora o Lewandowskim ani liczenie naszych głosów. PRAWDĘ, krok po kroku, i tak upublicznimy.