
Z niepokojem obserwuję kolejne przypadki działań organów ścigania wobec dziennikarzy, które w opinii wielu osób noszą znamiona przekroczenia granic państwa prawa i mogą być odbierane jako forma nacisku na środowisko medialne. Dlatego z pełnym przekonaniem wyrażam poparcie dla protestu również Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej w obronie aresztowanego dziennikarza oraz wszystkich ludzi mediów, wobec których podejmowane są działania mogące ograniczać swobodę wykonywania zawodu.
Niepokój budzi szczególnie praktyka wchodzenia do mieszkań dziennikarzy pod pretekstem anonimowych zgłoszeń czy niezweryfikowanych informacji o możliwym przestępstwie. Oczywiście państwo ma obowiązek reagować na zagrożenia i prowadzić postępowania wyjaśniające, jednak działania organów ścigania muszą pozostawać proporcjonalne, transparentne i wolne od jakichkolwiek podejrzeń o instrumentalne wykorzystywanie prawa wobec osób wykonujących zawód zaufania publicznego.
Dziennikarze rozpoznawalni w skali ogólnopolskiej, tacy jak Leszek Kraskowski czy Tomasz Sakiewicz, mają szansę liczyć na szerokie wsparcie opinii publicznej oraz organizacji dziennikarskich — często nawet tych, które na co dzień pozostają po przeciwnych stronach sporów ideowych i politycznych. I bardzo dobrze, ponieważ solidarność środowiskowa w sprawach fundamentalnych jest oznaką dojrzałości demokracji.
Ale pojawia się zasadnicze pytanie: kto stanie w obronie dziennikarzy lokalnych?
Kto upomni się o redaktorów działających w małych miastach, na prowincji, zajmujących się sprawami niewygodnymi dla lokalnych elit, samorządów czy środowisk wpływu? Kto stanie po stronie tych, którzy nie mają dostępu do wielkich mediów, renomowanych kancelarii prawnych ani ogólnopolskiej rozpoznawalności?
Przykładów nie trzeba długo szukać. W ubiegłym roku w Olsztynie miała miejsce sytuacja budząca poważne wątpliwości wobec dziennikarza współpracującego z portalem „PRAWDA O UWM”. Okoliczności tej sprawy — podobnie jak w przypadku głośnych wydarzeń związanych z red. Tomaszem Sakiewiczem — rodzą pytania o granice ingerencji służb wobec przedstawicieli mediów. Do dziś prokurator nie zatwierdził przeszukania, a mimo upływu czasu nie pojawiły się nawet symboliczne przeprosiny ze strony Policji. Nikt również nie wszczął postępowania w sprawie poszukiwania osoby, która zawiadomiła Policję o niezaistniałym zdarzeniu. Brak refleksji instytucjonalnej nad konsekwencjami takich działań nie buduje społecznego zaufania.
Nie można ignorować społecznego odbioru tego rodzaju zdarzeń. W środowisku dziennikarskim — zwłaszcza lokalnym — podobne sytuacje bywają postrzegane jako forma ostrzeżenia: „nie zajmujcie się tematami niewygodnymi”. Nawet jeśli taka intencja formalnie nie istnieje, skutki społeczne pozostają realne. Powstaje efekt mrożący, który może prowadzić do autocenzury i ograniczenia zainteresowania tematami dotyczącymi nieprawidłowości czy błędów osób sprawujących władzę lub posiadających wpływy.
Wolność mediów nie może być przywilejem wyłącznie największych redakcji i najbardziej znanych nazwisk. Państwo prawa poznaje się również po tym, jak traktuje lokalnych dziennikarzy — tych, którzy każdego dnia patrzą na ręce lokalnej administracji, instytucjom publicznym i osobom sprawującym władzę w swoich społecznościach.
Dlatego popieram protest i przyłączam się do głosu tych, którzy domagają się poszanowania wolności słowa, prawa do krytyki i bezpieczeństwa wykonywania zawodu dziennikarza — niezależnie od miejsca pracy, poglądów czy zasięgu medium.
Andrzej Bronisław Adamowicz
Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej
Legitymacja nr 10666
