Jak się dziś robi profesurę.

Poradnik, którego nikt nie wydał, a wszyscy znają.

Nawet ja, portier.

Mówią, że nauka to maraton. Na niektórych wydziałach to raczej sztafeta, w której biegnie wielu, a medal odbiera jeden. Zwłaszcza tam, gdzie liczyć i mierzyć efektywność potrafią lepiej niż gdziekolwiek indziej, bo to przecież ich zawód.

Istnieje bowiem pewna teoria – niepotwierdzona, rzecz jasna, czysto hipotetyczna – że w niektórych miejscach dorobek naukowy nie tyle się tworzy, ile montuje. Bywają zespoły, w których gwiazda może być tylko jedna, a reszta dba o to, by świeciła jak najjaśniej. Ustala się wtedy ścisłą kolejność rozbłysków: najpierw ta wyznaczona jako pierwsza, potem następni, każdy w swoim przydzielonym czasie. Pisze się, liczy, bada, a na liście autorów, przedziwnym trafem, zawsze pojawia się to samo nazwisko. Niezależnie od tego, kto naprawdę zarwał noc nad arkuszem danych. Czysto teoretycznie, ma się rozumieć.

Słyszy się też – bo przecież tylko się słyszy – że finansowanie badań dziwnie koreluje ze współautorstwem. Projekt jakby łatwiej dostać, gdy na okładce wniosku błyśnie odpowiednie nazwisko. Młody badacz błyskawicznie uczy się wtedy akademickiego savoir-vivre’u: hojność wobec cudzego dorobku to lokata kapitału, a nie strata. Nikt tego nigdzie nie zapisał w regulaminie. To się po prostu wie.

Dziś prawdziwą sztuką nie jest już zresztą samo odkrycie, ale alchemia punktowa. Współczesny uczony nie szuka prawdy, lecz punktów z listy ministerstwa. Ta pogoń zrodziła nową gałąź nauki: cytowalność wzajemną. Tworzy się ciche spółdzielnie i kółka wzajemnej adoracji bibliograficznej. Ty zacytujesz mnie, ja ciebie, a nasz wspólny patron dopisze nas do swojego artykułu w zagranicznym czasopiśmie, którego i tak nikt nie przeczyta. Punkty się zgadzają, system płacze ze wzruszenia, a nauka idzie naprzód. Głównie w tabelkach Excela.

Mówi się też o pielgrzymkach. Bywają wydziały, na których klucz do tytułu leży nie na własnym korytarzu, lecz w cudzych gabinetach – gdzieś daleko, u kogoś, kto „ma dojście” i zasiada tam, gdzie trzeba. Kariery nie robi się wtedy nad probówką czy komputerem, tylko w podróży służbowej. Trzeba pojechać, pokazać się, ukłonić, przypomnieć o swoim istnieniu. Są tacy, którzy „załatwią”, i tacy, którym się „załatwia”. Sam tytuł, choć ustawa każe wiązać go z wybitnym dorobkiem, bywa raczej certyfikatem lojalności niż geniuszu. Hipotetycznie, rzecz jasna. W naszej nauce profesury się przecież nie załatwia. Nadaje się je za zasługi. Pytanie tylko: czyje i w jakiej kolejności?

Osobny rozdział tej sagi piszą recenzenci. Gdy wniosek profesorski trafia do oceny, uruchamia się subtelna machina dyplomacji. Recenzent, człowiek z natury krytyczny, potrafi wykazać się niezwykłą ślepotą na braki, o ile kandydat potrafi odwdzięczyć się tym samym przy innej okazji. To piękny, akademicki ekosystem symbiozy: dzisiaj ja przymknę oko na twój skromny dorobek, jutro ty zrecenzujesz mojego habilitanta. Karawana jedzie dalej, a stopnie naukowe sypią się jak konfetti.

Słyszy się wreszcie o urodzinach. Bywają wydziały, które na imieniny czy jubileusz właściwego profesora potrafią wyjechać tłumnie, niemal w komplecie, jakby kalendarz towarzyski był integralną częścią obowiązków służbowych. To nie tort jest jednak główną atrakcją takiego wyjazdu, lecz coś znacznie trwalszego. Gdzieś tam, między trzecim toastem a życzeniami zdrowia, ważą się losy przyszłych wniosków awansowych. Jedzie się nie dla solenizanta, ale dla tego, co solenizant może później wziąć pod swoje bezpieczne skrzydła. Hipotetycznie, rzecz jasna, bo przecież w nauce na urodziny jeździ się wyłącznie z czystej sympatii. Profesury rozdają się same, a zbieżność dat i awansów to czysty przypadek.

I jeszcze jedno na koniec – czysto rachunkowe, bo to akurat na wydziale od rachunków powinni docenić najbardziej. Gdy się zliczy etaty, projekty, funkcje, komisje, rady i delegacje niektórych osób, wychodzi doba znacznie dłuższa niż ta, którą wyznacza obrót Ziemi. Człowiek nauki potrafi być w trzech miejscach naraz i brać za to cztery pensje. To osiągnięcie godne osobnej publikacji. Najlepiej wieloautorskiej. I z najwyższą liczbą punktów.

Piszę to, rzecz jasna, wyłącznie jako satyrę. Wszelkie podobieństwo do realnych wydziałów, gabinetów, uczelni i karier jest całkowicie przypadkowe, niezamierzone i, jak mawiają prawnicy, nieprzesądzone. A jeśli ktoś, czytając to, poczuł nagłe ukłucie w klatce piersiowej, to zapewne wyłącznie wyrzut sumienia czytelniczego, nie autorskiego. Bo ja przecież nikogo konkretnego nie miałem na myśli. Pytam tylko zza swojego portierskiego biurka, jak to się dziś robi.

Z czystej, nienaukowej ciekawości.

Z poważaniem,
Andrzej Bronisław Adamowicz