Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga,

Chodź opowiem Ci bajeczkę

Bajka będzie długa….!

Za górami, za lasami, w królestwie, którego na żadnej mapie znaleźć nie można! W miejscowości dalekiej ale nie tak odległej, gdzie w każdym autobusie jadącym do centrum zamożnego królestwa witano dostojnego mieszkańca i dostojnego przybysza zacnym przywitaniem Uniwersytet duma regionu, zacny Miłościwie Panujący Władca polecił swojemu Kanclerzowi wręczyć do rąk własnych poddanych zacne listy gratulacyjne z liczbą przyznanych punktów w hierarchii królestwa i zacnym uposażeniem od Anno Domini 2026.

Zacni poddani z nadzieją i oczekiwaniem otworzyli koperty i dosłownie skacząc z radości dziękowali za tak hojne dary Miłościwie Panującemu Księciuniowi.  A potem wróciwszy do domu gorzko płakali, bo nie mogli zrozumieć, dlaczego hojny władca tak ich szczodrze obdarzył. Bo w końcu wszystko zadziało się po równo i w sposób niezaskakujący!  Każdy specjalista dostał 136 punktów, każdy referent 90 punktów. I tym samym w końcu każdy poddany, w każdej jednostce królestwa, dostał tyle samo złotych monet. I poczuli się dumą regionu po tak szczodrym darze. Baju, baju, baj…!

W tym samym momencie, gdy w domach poddanych schły ostatnie gorzkie łzy, na zamku wybiła północ. Uniwersyteckie królestwo, choć dumne i bogate w oficjalnych księgach, właśnie zapisało nowy rozdział w swojej kronice paradoksów.

Sprawiedliwość, którą ogłosił Kanclerz na polecenie Miłościwie Panującego Władcy, okazała się mieczem obosiecznym. Liczby wyglądały przecież tak dumnie na pergaminie:

  • Dla specjalisty: Równo 136 punktów w hierarchii królestwa.
  • Dla referenta: Równo 90 punktów w hierarchii królestwa.
  • Dla wszystkich: Dokładnie tyle samo lśniących złotych monet.

Księciunio i jego Kanclerz świętowali sukces.

W ich oczach zapanowała idealna harmonia – nikt nie był pominięty, każdy został obdarowany według szczodrego  dekretu Anno Domini 2026. Skoro wszyscy dostali tyle samo, to przecież nikt nie miał prawa czuć się pokrzywdzony.

Jednak w świecie realnym, poza murami zamku, ta „sprawiedliwość” zatarła wszelkie granice. Starszy rzemieślnik, który od ćwierćwiecza dbał o uniwersyteckie mury i uczył fachu młodych, dostał dokładnie tyle samo monet, co nowo przybyły czeladnik, który dopiero co przekroczył próg królestwa. Trud, doświadczenie i lata lojalności zostały zrównane do jednego, uniwersalnego mianownika.

Pasażerowie  autobusów jadących do centrum królestwa szybko zrozumieli gorzką prawdę. Stali się „dumą regionu” tylko w płomiennych przemówieniach władzy. W rzeczywistości ich unikalny wkład i codzienne poświęcenie rozpuściły się w masowej, identycznej dla każdego jałmużnie.

Morał z uniwersyteckiej opowieści

Gdy władza zaczyna dzielić dary „po równo”, często przestaje widzieć człowieka. Prawdziwa sprawiedliwość nie polega na dawaniu każdemu dokładnie tego samego, ale na docenieniu indywidualnego trudu i zasług. W przeciwnym razie duma regionu staje się jedynie pustym hasłem, a listy gratulacyjne – smutną pamiątką po złudnej szczodrości.

Baju, baju, baj… życie toczy się dalej, a monety kurczą się w kieszeniach.

Najjaśniejszy, Miłościwie Panujący Władco!
Czcigodny i Nieomylny Kanclerzu!

My, wierni poddani, duma regionu oraz etatowi pasażerowie autobusów zmierzających ku centrum Waszego zamożnego Królestwa, składamy u stóp tronu najgłębsze ukłony i krwawiące z wdzięczności serca.

Listy gratulacyjne z zacnym uposażeniem na rok Anno Domini 2026 dotarły do naszych rąk własnych, wywołując w królestwie tak wielkie poruszenie, że do dziś nie potrafimy otrzeć łez – choć wciąż spieramy się o to, czy są to łzy dzikiej radości, czy głębokiego wzruszenia nad Waszą genialną mądrością.

Pragniemy z całego serca podziękować za rewolucyjne wprowadzenie

Nowej Ery Lewicowej Sprawiedliwości:

  • Dziękujemy Za Matematyczną Perfekcję: Dziękujemy, że zrównaliście naszą przeszłość, przyszłość i teraźniejszość. Od teraz doświadczony specjalista z ćwierćwiecznym stażem i nowo przyjęty czeladnik mogą z dumą patrzeć sobie w oczy, wiedząc, że dla Waszej Wysokości ich trud jest wart dokładnie tyle samo – legendarne 136 punktów!
  • Dziękujemy Za Spokój Ducha Referentów: Dziękujemy za zrzucenie z barków referentów ciężaru ambicji. Święte 90 punktów i identyczna liczba monet dla każdego sprawiły, że nikt już nie musi się wyróżniać ani starać robić niczego lepiej. Po co, skoro hojność Władcy ma tak precyzyjnie odmierzony sufit?
  • Dziękujemy Za Likwidację Zazdrości: Wasz dekret uleczył nas z próżności. Nie musimy już marnować energii na rozwój, podnoszenie kwalifikacji czy unikalne rzemiosło. Prawdziwa duma regionu tkwi przecież w idealnej, masowej identyczności.

Wracając codziennie autobusami do naszych domów, tulimy do piersi te drogocenne monety. Ich liczba jest tak idealnie równa, że aż niebezpiecznie lekka w naszych sakiewkach. Jesteśmy dumni, że zamożność królestwa tak wspaniale prezentuje się w Waszych królewskich tabelach i przemówieniach.

Baju, baju, baj… oby Wasze zdrowie i samozadowolenie trwały wiecznie, a uniwersyteckie tabele nigdy nie zaznały błędu ludzkiej indywidualności!

Z najgłębszym (i całkowicie bezpłatnym) poważaniem,

Wasz Jednakowo Szczęśliwy Lud !

W lśniących złotogłowiem gabinetach uniwersyteckiego zamku, o poranku Anno Domini 2026, zapachniało świeżo parzoną kawą sprowadzaną z najdalszych zakątków imperium. Miłościwie Panujący Władca siedział na zydlu z aksamitu, trzymając w ręku list od poddanych, a jego czoło chmurzyło się w głębokim niedowierzaniu.

Obok, z gęsim piórem za uchem i stosem idealnie równych tabel, stał zaniepokojony Kanclerz.

– Kanclerzu… – zaczął Władca, upijając łyk napoju. – Wyjdź no do okna. Słyszysz to?
– Słyszę… idealny spokój, Wasza Wysokość – odparł urzędnik, mrużąc oczy.
– No właśnie! Spokój! – żachnął się Władca, uderzając pięścią w stół. – A gdzie są wiwaty? Gdzie procesje z moimi portretami? Gdzie dziękczynne śpiewy w autobusach jadących do centrum? Przecież wysłaliśmy im najwspanialsze, sprawiedliwe listy! 136 punktów dla każdego specjalisty! 90 punktów dla referenta! Wszystko po równo! Matematyczne arcydzieło!

Kanclerz nerwowo poprawił kołnierz i spojrzał na trzymany przez Władcę list pełen podziękowań.

– Wasza Wysokość, pismo od ludu ocieka… no właśnie, sami piszą, że ich serca pękają z wdzięczności. Wspominają o „rewolucyjnej erze sprawiedliwości” i o tym, że uleczyliśmy ich z próżności.
– No i pięknie! – zawołał Władca. – Więc dlaczego, gdy przejeżdżałem rano obok uniwersyteckich murów, widziałem tylko smutne twarze? Dlaczego nikt nie tańczy na ulicach? Czy ci ludzie nie rozumieją, ile trudu włożyliśmy w to, żeby nikt nie dostał ani jednej monety więcej od sąsiada?

Kanclerz rozłożył na biurku wielką mapę wydatków królestwa, na której widniały idealnie równe słupki.

– Wasza Wysokość, nasz system jest bezbłędny. Zlikwidowaliśmy problem uznaniowości. Nikomu nie musimy tłumaczyć, dlaczego zarabia mniej lub więcej. Wszyscy dostali dokładnie tyle samo złotych monet!

– Miłościwy Władca przetarł czoło i rzekł:  Może daliśmy im za dużo i oszaleli z dobrobytu? Może ta duma regionu uderzyła im do głów i teraz wstydzą się okazywać radość publicznie? Lud po prostu nie dorósł do tak genialnej i nowoczesnej ekonomii. Oni piszą tutaj coś o „lekkich sakiewkach” i o tym, że ich przeszłość i przyszłość mają teraz tę samą wartość… – mruknął Władca, czytając fragment z ironicznego listu. – Czy to znaczy, że chcą więcej punktów?
– Niemożliwe, Wasza Wysokość! – przestraszył się Kanclerz. – Gdybyśmy dali specjaliście 137 punktów, naruszylibyśmy kosmiczną harmonię uniwersytetu! Przecież 136 to liczba idealna, wyliczona przez naszych najdroższych nadwornych finansistów!

Władca wstał, podszedł do okna i spojrzał na rzemieślników pracujących w milczeniu na dole.

– Kanclerzu, skoro lud nie potrafi cieszyć się sam z siebie, musimy mu w tym pomóc. Przygotuj nowy dekret. Od jutra wprowadzamy Obowiązkowy Optymizm Uniwersytecki. Każdy pasażer autobusu jadącego do centrum ma obowiązek uśmiechać się od ucha do ucha. Kto nie wykaże dumy regionu na twarzy, temu odejmiemy 5 punktów z jego zacnego uposażenia!

Kanclerz z zachwytem zaczął notować słowa Władcy. Obaj byli dumni, że po raz kolejny tak sprytnie rozwiązali problem swoich poddanych.

Baju, baju, baj… a na dole, pod zamkiem, specjaliści i referenci wciąż mierzyli wzrokiem swoje identyczne monety, zastanawiając się, jak przeżyć do kolejnego pierwszego w tym idealnie sprawiedliwym królestwie. A może lud postanowi płacić w sklepach „punktami” zamiast monetami, sprawdzając, ile wart jest dekret Władcy?

Baju, baju, baj… Wszyscy mamy raj…..

Z niepokojem obserwuję kolejne przypadki działań organów ścigania wobec dziennikarzy, które w opinii wielu osób noszą znamiona przekroczenia granic państwa prawa i mogą być odbierane jako forma nacisku na środowisko medialne. Dlatego z pełnym przekonaniem wyrażam poparcie dla protestu również Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej w obronie aresztowanego dziennikarza oraz wszystkich ludzi mediów, wobec których podejmowane są działania mogące ograniczać swobodę wykonywania zawodu.

Niepokój budzi szczególnie praktyka wchodzenia do mieszkań dziennikarzy pod pretekstem anonimowych zgłoszeń czy niezweryfikowanych informacji o możliwym przestępstwie. Oczywiście państwo ma obowiązek reagować na zagrożenia i prowadzić postępowania wyjaśniające, jednak działania organów ścigania muszą pozostawać proporcjonalne, transparentne i wolne od jakichkolwiek podejrzeń o instrumentalne wykorzystywanie prawa wobec osób wykonujących zawód zaufania publicznego.

Dziennikarze rozpoznawalni w skali ogólnopolskiej, tacy jak Leszek Kraskowski czy Tomasz Sakiewicz, mają szansę liczyć na szerokie wsparcie opinii publicznej oraz organizacji dziennikarskich — często nawet tych, które na co dzień pozostają po przeciwnych stronach sporów ideowych i politycznych. I bardzo dobrze, ponieważ solidarność środowiskowa w sprawach fundamentalnych jest oznaką dojrzałości demokracji.

Ale pojawia się zasadnicze pytanie: kto stanie w obronie dziennikarzy lokalnych?

Kto upomni się o redaktorów działających w małych miastach, na prowincji, zajmujących się sprawami niewygodnymi dla lokalnych elit, samorządów czy środowisk wpływu? Kto stanie po stronie tych, którzy nie mają dostępu do wielkich mediów, renomowanych kancelarii prawnych ani ogólnopolskiej rozpoznawalności?

Przykładów nie trzeba długo szukać. W ubiegłym roku w Olsztynie miała miejsce sytuacja budząca poważne wątpliwości wobec dziennikarza współpracującego z portalem „PRAWDA O UWM”. Okoliczności tej sprawy — podobnie jak w przypadku głośnych wydarzeń związanych z red. Tomaszem Sakiewiczem — rodzą pytania o granice ingerencji służb wobec przedstawicieli mediów. Do dziś prokurator nie zatwierdził przeszukania, a mimo upływu czasu nie pojawiły się nawet symboliczne przeprosiny ze strony Policji. Nikt również nie wszczął postępowania w sprawie poszukiwania osoby, która zawiadomiła Policję o niezaistniałym zdarzeniu.  Brak refleksji instytucjonalnej nad konsekwencjami takich działań nie buduje społecznego zaufania.

Nie można ignorować społecznego odbioru tego rodzaju zdarzeń. W środowisku dziennikarskim — zwłaszcza lokalnym — podobne sytuacje bywają postrzegane jako forma ostrzeżenia: „nie zajmujcie się tematami niewygodnymi”. Nawet jeśli taka intencja formalnie nie istnieje, skutki społeczne pozostają realne. Powstaje efekt mrożący, który może prowadzić do autocenzury i ograniczenia zainteresowania tematami dotyczącymi nieprawidłowości czy błędów osób sprawujących władzę lub posiadających wpływy.

Wolność mediów nie może być przywilejem wyłącznie największych redakcji i najbardziej znanych nazwisk. Państwo prawa poznaje się również po tym, jak traktuje lokalnych dziennikarzy — tych, którzy każdego dnia patrzą na ręce lokalnej administracji, instytucjom publicznym i osobom sprawującym władzę w swoich społecznościach.

Dlatego popieram protest i przyłączam się do głosu tych, którzy domagają się poszanowania wolności słowa, prawa do krytyki i bezpieczeństwa wykonywania zawodu dziennikarza — niezależnie od miejsca pracy, poglądów czy zasięgu medium.

Andrzej Bronisław Adamowicz
Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej
Legitymacja nr 10666

Poprosiliśmy o komplet dokumentów stanowiących podstawę grudniowej reorganizacji UWM. Dostaliśmy wnioski czterech wydziałów. Brakuje reszty, brakuje załącznika, który sam autor zapowiadał, a o trybie konsultacji ze związkami przed likwidacją etatów, technicznych i informatycznych, ani słowa.

Zauważyliśmy pewną prawidłowość: odpowiedzi Pani Prorektor ds. Polityki Kadrowej i Finansowej regularnie okazują się o jeden dokument za krótkie. Mamy nadzieję, że to świadoma metoda, a nie zwyczajne nieprzygotowanie, bo trudno rozstrzygnąć, co byłoby mniej krzepiące. Coś podobnego pamiętamy zresztą z czasów pewnych awansów na wydziale.

Wysłaliśmy więc kolejne pismo, z pytaniami, na które tym razem trudniej odpowiedzieć połowicznie. Pytamy między innymi, dlaczego oszczędności znaleziono akurat wśród informatyków i techników, skoro uczelnia chwali się zdolnością do przekwalifikowania kadry. Czekamy. Cierpliwie, choć z notesem.

Między punktozą, pozorowaną reformą a utraconym potencjałem

„Rozmowy do upojenia” zamiast zmian

W polskiej nauce narasta frustracja. Nie jest to już wyłącznie spór o wysokość wynagrodzeń czy kolejną reformę ministerialnych rozporządzeń. To coraz wyraźniejsze poczucie, że system znalazł się w stanie przewlekłej stagnacji — miejscu, w którym wszyscy deklarują potrzebę zmian, lecz niemal nikt nie wierzy, że rzeczywiście nadejdą.

Komentarze pracowników akademickich pod artykułami dotyczącymi szkolnictwa wyższego przypominają dziś bardziej zapis zbiorowej terapii środowiskowej niż debatę ekspercką. Dominuje rozgoryczenie, ironia i coraz słabiej ukrywana utrata wiary w sprawczość państwa. Jeden z komentujących zauważył gorzko, że rozmowy we własnym gronie można prowadzić „do upojenia”, ale realne decyzje i tak zapadają gdzie indziej — przede wszystkim na poziomie premiera i budżetu państwa.

To uwaga trafna. Polski system nauki od lat cierpi na fundamentalną sprzeczność: oczekuje się światowych rezultatów przy krajowym poziomie finansowania i administracyjnym chaosie.

Punktoza jako choroba systemowa

Oficjalnie ministerstwo deklaruje odejście od „punktozy” i nadmiernej biurokracji. W praktyce wielu akademików mówi o czymś przeciwnym — dalszym wzmacnianiu mechanizmu rozliczania nauki według bibliometrycznych wskaźników i ministerialnych tabel.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o niewygodę naukowców. Krytycy obecnego modelu podnoszą argument bardziej fundamentalny: mierzenie jakości badań poprzez prestiż czasopisma czy liczbę publikacji prowadzi do deformacji samego sensu pracy naukowej. Badacze coraz częściej projektują karierę nie wokół realnych problemów badawczych, lecz wokół systemu punktowego.

Powstaje swoista „biegunka publikacyjna” — wzrost liczby tekstów, który niekoniecznie przekłada się na wzrost jakości czy znaczenia badań. Co więcej, jednakowe kryteria stosowane wobec fizyków, filozofów, biologów czy regionalnych uczelni zawodowych tworzą iluzję równości, ignorując radykalnie różne cele i warunki pracy poszczególnych środowisk.

Jednym z najbardziej gorzkich paradoksów jest fakt, że system miał zwiększyć konkurencyjność polskiej nauki, a w praktyce coraz częściej prowadzi do zachowawczości, oportunizmu i produkcji bezpiecznych publikacji.

Feudalizm akademicki zamiast autonomii

Jednocześnie coraz częściej powraca zarzut dotyczący ograniczenia samorządności uczelni. Reforma szkolnictwa wyższego miała zwiększyć efektywność zarządzania. Wielu pracowników uczelni uważa jednak, że doprowadziła do nadmiernej centralizacji władzy.

Autonomia akademicka — jak twierdzą krytycy — zaczęła oznaczać przede wszystkim autonomię rektora.

Decyzje kadrowe, finansowanie badań, wpływ na kierunki rozwoju dyscyplin zostały przesunięte ku ścisłemu centrum administracyjnemu. W konsekwencji wielu naukowców mówi dziś o systemie przypominającym strukturę feudalną: zależności personalne stają się ważniejsze niż kompetencje.

Nieprzypadkowo coraz częściej powracają postulaty większej transparentności procedur grantowych, losowania recenzentów czy ograniczenia nieformalnych układów wpływu.

Innowator bez adresu

Jednak kryzys polskiej nauki nie kończy się na uczelniach.

Coraz wyraźniej ujawnia się także konflikt między światem przedsiębiorców a formalnym systemem badawczo-rozwojowym. W przesłanym liście otwartym przedsiębiorczyni i innowatorka Ada Margo Marglewska

(https://pl.linkedin.com/posts/ada-margo-marglewska-31699a251_minister-nauki-mam-takie-same-priorytety-activity-7461067917485355009-cs43)

opisuje doświadczenie człowieka funkcjonującego pomiędzy nauką, biznesem i administracją — obszarami, które w teorii powinny się wzajemnie wzmacniać, lecz w praktyce często pozostają od siebie odseparowane.

Najmocniej wybrzmiewa zarzut dotyczący systemowego wykluczania praktyków. Osoby posiadające wieloletnie doświadczenie wdrożeniowe, prowadzące projekty technologiczne i ponoszące realne ryzyko finansowe często nie mieszczą się w formalnych ramach świata akademickiego.

Rodzi się paradoks — państwo wspiera innowacyjność w deklaracjach, lecz w praktyce ogranicza współpracę osób zdolnych integrować naukę, nowe technologie i gospodarkę. Szczególnie interesujący jest postulat stworzenia „doktoratu z praktyki” — ścieżki umożliwiającej formalne uznanie dorobku przedsiębiorców i innowatorów bez konieczności wieloletniego powrotu do klasycznego modelu akademickiego. Można spierać się o szczegóły takiego rozwiązania, ale samo pytanie pozostaje zasadne: czy nauka XXI wieku może nadal ignorować doświadczenie praktyczne?

Ministerstwo dialogu czy ministerstwo pozoru?

Najbardziej niepokojące nie są jednak pojedyncze problemy, lecz wspólne przekonanie wybrzmiewające w głosach zarówno akademików, jak i przedsiębiorców: że dialog funkcjonuje przede wszystkim jako procedura wizerunkowa.

Konsultacje odbywają się regularnie. Nie brakuje komisji, zespołów eksperckich ani strategicznych dokumentów, rekomendacji i raportów. W codziennym doświadczeniu uczestników systemu coraz silniejsze staje się jednak poczucie, że rzeczywiste wdrażanie zmian pozostaje symboliczne — a nierzadko jedynie pozorne.

Polska nauka nie cierpi dziś na brak analiz ani rozpoznań problemów — jej największą słabością pozostaje chroniczny niedostatek decyzji i sprawczości.

Nie chodzi wyłącznie o pieniądze — choć bez zwiększenia nakładów trudno mówić o realnych ambicjach międzynarodowych. Stawką jest przede wszystkim odwaga redefinicji systemu: odejścia od ślepego kultu wskaźników, przywrócenia znaczenia jakości oraz budowy rzeczywistych, a nie wyłącznie deklaratywnych, mostów między uczelniami a praktyką gospodarczą. Bo być może największym zagrożeniem nie jest dziś brak środków, lecz utrata ludzi — tych, którzy po latach uderzania głową w mur zwyczajnie przestają wierzyć, że warto jeszcze próbować.

Po dziesięciu latach funkcjonowania Niezależnego Związku Zawodowego Pracowników Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie “PRAWDA”, widzimy na własnej skórze jak to działa. Informowanie kolejnych nadzorców — niezależnie od opcji politycznej i niezależnie od tego, kto akurat pełni funkcję ministra — o nieprawidłowościach w Olsztynie nie prowadzi do działań naprawczych. Przeciwnie: sprawia wrażenie, że utrwala istniejące układy i dodatkowo je wzmacnia.

W geście wdzięczności za lojalność i wsparcie pojawiają się zaś wyróżnienia oraz medale przyznawane przez rektora Jerzego Przyborowskiego

“ZŁOTE, A SKROMNE”

Pod naszym pytaniem o awanse na Wydziale Nauk Ekonomicznych pojawił się komentarz, którego autor wyznaje, że danych nie ujawni, bo wywołałyby „kolejną petycję” i zmusiły „armię ludzi” do odpowiadania na pytania „najczęściej bzdurne”. Dziękujemy za tę szczerość. Jeśli zwykłe pytanie, komu pomagano w awansie, a kto radził sobie sam, budzi wizję armii i lawiny petycji, to problemem nie jest pytanie. Problemem jest odpowiedź.

Rozwiejmy od razu wątpliwość, która komuś spędza sen z powiek. Tak, zaczęliśmy od WNE. I owszem, zawdzięczamy to światłu pewnej gwiazdy, tej samej, która zdaje się wierzyć, że na firmamencie może świecić tylko ona. Im jaśniej ktoś rozświetla własne dokonania, tym dłuższy cień rzuca na to, co wolałby ukryć. A skoro trwa gorączkowe szukanie, kto donosi, odpowiadamy bezpłatnie: donosicie sami. Wystarczy mówić za dużo, za głośno i niewłaściwym osobom.

Teraz sedno. Czy komukolwiek na tym Wydziale realnie pomagano w awansie naukowym, albo choćby to zaproponowano, w ramach obowiązków, za które pobiera się pieniądze? Bo wspieranie rozwoju podwładnych to nie uprzejmość, lecz opłacona praca. Kierownik katedry i dziekan dostają dodatki funkcyjne i obniżone pensum nie po to, by mieli lżej, ale po to, by tworzyć innym warunki rozwoju. To zakres obowiązków, nie łaska. I dlatego wolno o to pytać.

Wiemy, jak brzmiałaby uczciwa odpowiedź.

Wielu powie: nie pomógł mi nikt. Plan rozwoju istniał na papierze, mentoring w prezentacji, procedury działały wybiórczo. I tę odpowiedź da się udowodnić dokumentami. Władza nie udowodni, że było inaczej, bo nie sposób okazać wsparcia, którego nie udzielono. Stąd ten skowyt. Nie z troski o spokój „armii ludzi”, lecz z tego, że pewnych rzeczy nie da się odkręcić, gdy raz trafią na papier.

Autor porównuje nasze pytanie do pytania, ile bramek strzelił Lewandowski, a ilu nie. Bramki Lewandowskiego liczy cały świat, bo padają jawnie, według tych samych reguł dla wszystkich. My pytamy właśnie o reguły. Czy jednym podstawia się drabinę, a innym podwyższa poprzeczkę.

I tu owe „durne tabelki”. One nie są durne. Irytują, bo mają pokazać czarno na białym to, co każdy czuje, a czego nikt nie wyłożył na stół: że nad wieloma wisi szklany sufit nie do przebicia, choćby nie wiem ile pracowali. Tabelka nie ocenia, kto lepszy. Pokazuje, kto dostał wsparcie, a komu kazano radzić sobie samemu. Dlatego boją się jej ci, którym wsparcia nigdy nie brakowało.

To nie dociekania znikąd. W sprawie WNE skierowaliśmy pisma, których nikt nie nazwie bzdurnymi: do Rektora o regulaminy ocen, nagród i awansu, do Najwyższej Izby Kontroli o nieprawidłowości w środkach publicznych, do Polskiej Komisji Akredytacyjnej o jakość kształcenia, do Ministerstwa Nauki o brak sformalizowanych kryteriów awansu, do Centralnego Biura Antykorupcyjnego o konflikt interesów, do Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa o finansowanie studiów. Każde z numerem, datą i podpisem. Z naszych ustaleń wynika, że miesięczne dodatki funkcyjne kierownictwa Wydziału sięgają niemal dwudziestu czterech tysięcy złotych, a studia podyplomowe kosztowały ponad dwa miliony dwieście tysięcy przy zerowym przychodzie w systemie uczelni. To nie fantazje. To pytania zadane oficjalnie, na które oficjalnie trzeba odpowiedzieć.

Pada zarzut o zasługi PRAWDY, bo nasz kandydat dostał w wyborach Rektora jeden głos. Owszem. Tyle że nasz kandydat nie rozdaje pieniędzy ani nagród za przysługi, owych przysług skrzętnie ukrywanych, bo najczęściej ich po prostu nie ma. Bywa, że zasługą jest głos oddany na dyktando, w zgodzie z oczekiwaniem, a nie z sumieniem. Takich zasług nie mamy i mieć nie chcemy. Jeden głos i kilkadziesiąt pism w obronie konkretnych ludzi to niezły bilans jak na związek, którego rzekomo nikt nie popiera. Organizacjom, które nic nie znaczą, nie poświęca się tylu nerwów.

A skoro o nagrodach mowa: do dziś nie dostaliśmy żądanych danych o wynagrodzeniach, dodatkach i nagrodach osób w różnych komórkach uczelni. Czekamy, bo prawo jest po naszej stronie, a dane dotyczą środków publicznych i osób pełniących funkcje publiczne, nie prywatności. Gdy ujrzą światło dzienne, niejednemu otworzą oczy.

Jedna uwaga porządkowa. Osoba przywołana w komentarzu nie pełni już funkcji przewodniczącego, więc rozważania o jej dawnej roli straciły aktualność. I nie będziemy zgadywać, jak ktokolwiek głosował, bo to jego sprawa. Różnica między nami a anonimem jest prosta: my pisma podpisujemy imieniem i nazwiskiem. Komentarz bez podpisu, który innym wypomina odwagę pytania, broni się sam. A raczej nie broni.

Słyszymy ten skowyt i przyjmujemy go ze spokojem. To dobry znak. Po kolei, po cichu, sprawa po sprawie, wszystko wyjdzie na jaw, a odpowiadać będą nie ci, którzy pytają, lecz ci, którzy dotąd nie chcieli. Komu pomagano w awansie, a kto radził sobie sam? Komu dano mentoring i plan rozwoju, a komu nigdy? Odpowiedzi nie zastąpi metafora o Lewandowskim ani liczenie naszych głosów. PRAWDĘ, krok po kroku, i tak upublicznimy.

GWIAZDA MOŻE BYĆ TYLKO JEDNA

Nie pierwszy raz dzielimy się z Państwem naszym niepokojem. Już wcześniej sygnalizowaliśmy, że w naszej ocenie sposób, w jaki traktowane bywają na uczelni niektóre osoby, budzi poważne wątpliwości, a działania podejmowane wobec nich trudno nam odczytywać inaczej niż jako wymierzone w te osoby. Dodajmy, również w trybie oceny, że niepokój ten dotyczy postawy tej samej osoby, której pasje organizacyjne opisujemy w dalszej części, to jest sprawującej pieczę nad pionem kadrowo-finansowym. Są to nasze oceny, formułowane na podstawie docierających do nas relacji i posiadanych dokumentów, i jako oceny je przedstawiamy. O kolejnych sytuacjach, które wzbudzą nasze wątpliwości, będziemy informować sukcesywnie. Dziś natomiast o sprawie, która dotyczy już nie pojedynczych osób, lecz nas wszystkich.

Jest w naszej uczelni ktoś, kto chce wiedzieć o tobie wszystko: gdzie jesteś, o której wjechałeś, kiedy wyjechałeś i czy aby na pewno klikasz w odpowiednim tempie. Nowy projekt zmiany Regulaminu pracy, firmowany przez pion kadrowo-finansowy, wprowadza monitoring „efektywności” pracy zdalnej, rejestrację wjazdów po tablicach rejestracyjnych oraz obowiązek trzymania niszczarki we własnym mieszkaniu. Brzmi jak żart. Niestety, to cytaty.

Zacznijmy od pracy zdalnej. Pracujemy z domu, więc troska o naszą „efektywność” wkracza na palcach do naszych kuchni, by sprawdzić, czy obecność „na stanowisku pracy”, czyli przy stole, jest należycie potwierdzona. Według relacji, które do nas docierają, kadra przyjmie tę czułość z umiarkowanym entuzjazmem.

Dalej jest system rozpoznający tablice rejestracyjne i skrupulatnie notujący, kto, kiedy i o której godzinie pojawił się w Kortowie oraz kiedy je opuścił. Powstanie kronika naszych wyjazdów, z której po latach da się odczytać, że pewien profesor wyszedł w czwartek o 15:42, a więc, wnioskujemy ostrożnie, odrobinę za wcześnie. Jak długo te dane będą przechowywane? Projekt taktownie milczy. Pamięć instytucji, podobnie jak jej apetyt, nie zna granic.

Najczulszy jest jednak fragment o bezpieczeństwie w domu pracownika: zabezpieczona sieć, aktualny router oraz, nasz faworyt, niszczarka. Uczelnia, która latami nie dorobi się sprawnej windy, zakłada z rozbrajającą pewnością, że każdy z nas urządził sobie w przedpokoju certyfikowany ośrodek przetwarzania danych. Koszty po stronie pracownika, troska po stronie pracodawcy.

Nie kwestionujemy, że bezpieczeństwo danych jest ważne. Pytamy tylko, skąd ta nagła fascynacja liczeniem każdej naszej minuty i czy ten sam zapał nie przydałby się tam, gdzie naprawdę warto coś policzyć, na przykład w finansach niektórych jednostek, w których chętnych do liczenia, jak sygnalizowaliśmy wielokrotnie, wciąż brakuje.

Jako związek złożyliśmy do projektu obszerne uwagi. Mamy też skromną propozycję: skoro budujemy uczelnię, która wie o pracownikach wszystko, uruchommy monitoring odwrotny, mierzący, ile trwa rozpatrzenie wniosku pracownika albo wyjaśnienie, gdzie podziały się pewne środki. Coś nam mówi, że ten licznik nie znajdzie się w żadnym projekcie.

A szkoda. Ten akurat poprawiłby efektywność.

Na koniec uprzedzamy, spokojnie i bez emocji: oliwa zawsze na wierzch wypływa. My zaś, krok po kroku, sprawę po sprawie, dokument po dokumencie, będziemy upubliczniać PRAWDĘ.

Cierpliwie. Konsekwentnie.

Do skutku.

Tekst ma charakter felietonowy, a wszelkie podobieństwo do rzeczywistych obsesji jest wyłącznie kwestią interpretacji.

CZY TO KONIEC TRWAJĄCEJ OD 2022 ROKU NARRACJI, UKRAINA BIJE SIĘ ZA NAS?

CZY TO KONIEC SZALONEJ MIŁOŚCI DO UKRAINY?

CZY RADNI PRAWA I SPRAWIEDLIWOŚCI PAWEŁ WAROT I PIOTR SOĆKO TO RUSKIE ONUCE, CZY OBROŃCY POLSKIEJ RACJI STANU?

Konferencja prasowa radnych wojewódzkich Prawa i Sprawiedliwości przed Urzędem Wojewódzkim w Olsztynie.

Wysłuchajcie Pawła Warota i Piotra Soćko co mówią na temat Stepana Bandery, uznawanego generalnie w całej Ukrainie za bohatera narodowego, w kontekście funkcjonowania Szkoły Podstawowej nr 8 im. Łesi Ukrainki w Bartoszycach.

Panie Rektorze Przyborowski, to poprzednie nie były najlepsze?

W grudniu 2026 r. w UWM zostaną powołane nowe rady dyscyplin oraz wybrani ich nowi przewodniczący. Z zapowiedzi władz uczelni wynika, że mają to być rady „nowe” i „najlepsze”. Sformułowanie to z pewnością cieszy każdego, kto wierzy w ciągły postęp instytucji publicznych, ale ma jeden poważny mankament. Żeby ocenić, czy nowe gremium będzie najlepsze, trzeba wiedzieć, co poprzednie zrobiło. Inaczej całe głosowanie sprowadza się do losowania.

Tymczasem w UWM nie ma powszechnego, łatwego dostępu do sprawozdań z działalności rad dyscyplin. Nie ma statystyk postępowań o nadanie stopni naukowych. Nie ma informacji o tym, ile członkowie rad zarobili z tytułu pełnionej funkcji w 2025 r. Nie ma harmonogramu grudniowych wyborów ani regulaminu, według którego wybory miałyby się odbyć. Społeczność akademicka, która ma w grudniu wybrać nowe gremia, idzie do urn z taką samą wiedzą, z jaką głosuje się na X-Factor.

Niezależny Związek Zawodowy „PRAWDA” wystąpił do Rektora UWM z wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej, która tę asymetrię nieco wyrówna. Skład wszystkich rad dyscyplin według stanu na 30 kwietnia 2026 r., z przewodniczącymi i ich zastępcami, ze stopniami i tytułami, z afiliacją wewnątrzuczelnianą. Wykaz wszystkich dyrektorów instytutów i ich zastępców. Wynagrodzenia z tytułu pełnienia tych funkcji za rok 2025 i za pierwsze cztery miesiące 2026 r. A w przypadku osób pełniących kilka funkcji równolegle, na przykład dyrektora instytutu i przewodniczącego rady dyscypliny w jednej osobie, wynagrodzenie z każdej funkcji odrębnie. Bo czasem jedno krzesło to za mało.

Sprawozdania z działalności rad dyscyplin za zakończone lata 2023, 2024 i 2025. Zestawienie postępowań o nadanie stopnia doktora i doktora habilitowanego prowadzonych przez poszczególne rady, z wynikami, liczbą recenzentów oraz wskazaniem, czy recenzentem był członek tej samej rady, w której toczyło się postępowanie. Bo w niektórych dyscyplinach to się zdarza statystycznie częściej, niż dopuszczają zasady arytmetyki.

I procedury wyboru nowych rad i ich przewodniczących, plus harmonogram grudniowych wyborów, jeżeli już istnieje. Jeżeli istnieje, Rektor go udostępni. Jeżeli nie istnieje, Rektor będzie musiał napisać Związkowi, że na siedem miesięcy przed wyborami uczelnia publiczna nie ma harmonogramu wyborczego. Każda z tych dwóch odpowiedzi jest sama w sobie informacją publiczną pierwszorzędnej wagi.

Termin udostępnienia informacji wynosi 14 dni. Skarga do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Olsztynie zostanie złożona, jeżeli odpowiedź nie nadejdzie albo będzie niepełna. Postępowanie sądowe trwa kilka miesięcy. Jeżeli więc sprawa potoczy się standardowym trybem, wyrok zapadnie tuż przed grudniowymi wyborami, których nikt jeszcze rzekomo nie zaplanował. Trudno o lepszy materiał wyborczy. Trudno też o lepszy moment.